30 maja, 2015

Nowy Jork na niedzielę


Stęskniłam się już okropnie za Nowym Jorkiem, którego nie odwiedzałam przez te wszystkie zimne miesiące. Razem z Natalią czekałyśmy na ten dzień, żeby porobić kolejne zdjęcia w fajnych miejscach i popróbować jakichś pyszności (to nasz przepis na udany dzień  - zdjęcia i jedzenie :D). Calutki dzień miałyśmy zaplanowany. A Nowy Jork tego dnia jedynie nas wkurzył! Spodziewałyśmy się tłumów w niedzielę na Brooklyn Bridge, ale taka ilość przerosła nasze oczekiwania. Zdjęcia kompletnie nam nie wyszły, co już nas wprowadziło w nerwowy nastrój. Do tego ci wszechobecni rowerzyści, którzy blokowali drogę i strasznie spowalniali ruch. Przebrnęłyśmy w upale przez most, dotarłyśmy do charakterystycznego miejsca w Dumbo z widokiem na Manhattan Bridge i się trochę zawiodłyśmy. Na zdjęciach wygląda to znacznie ciekawiej niż w rzeczywistości. Kolejnym, najbardziej wyczekiwanym punktem, miał być Smorgasburg, czyli targ z pysznym jedzeniem przy Brooklyn Bridge Park. Musiałyśmy przejść spory kawał drogi, a ubranie nowych butów nie było najlepszym pomysłem - obtarły mnie do krwi w kilkunastu miejscach. Już wygodniej było w obcasach Natalii, które jednak też pozostawiły kilka ran. Zirytowane dłuższą drogą niż się spodziewałyśmy, znalazłyśmy tabliczkę oznajmiającą, że akurat dziś Smorgasburg jest nieczynny. Przez tych nieszczęsnych kolaży! Uciekłyśmy z Brooklynu najprędzej jak mogłyśmy. Wykończone wylądowałyśmy przy Flatiron Building (który btw okazał się niczym wyjątkowym), gdzie ktoś sprzątnął nam sprzed nosa ostatnie wolne siedzenia. Byłyśmy tak zrezygnowane, że pozostało nam się tylko śmiać z tego wszystkiego. Wiedziałyśmy, że jedynym miłym zakończeniem dnia może być dla nas dobre jedzenie i odpoczynek, więc kupiłyśmy hot-dogi i brownie w 7-Eleven :D i przed powrotem do domu poszłyśmy pochillować do parku nad rzeką Hudson. I prawda jest taka, że i tak humory nam dopisywały, bo przecież byłyśmy w Nowym Jorku! Spacer po dolnym Manhattanie, pyszna kawa w uroczej kawiarence, czy pan proszący o zdjęcie z nami, to tylko kilka miłych akcentów. Zresztą sama świadomość przebywania w NYC za każdym razem jest tak samo magiczna.
Chyba nic nie jest w stanie popsuć tego wspaniałego uczucia :)


Gasoline Alley Coffee to malutka kawiarenka na dolnym Manhattanie z przepyszną latte serwowaną przez bardzo stylowych panów ;)

Nasze nowojorskie śniadanie - latte i pączek dulche de leche.

To one mnie zabiły tego dnia! Ale i tak je kocham <3

Brooklyn Bridge.






Kiedyś na pewno popłynę zobaczyć Statuę z bliska!


Dumbo.






Super miejsce na piknik!




Flatiron Building.



Prawdziwa uczta!

Hudson River Park. Bardzo przyjemne miejsca do posiedzienia i pochillowania.



Jutro jadę na cały dzień nad ocean, więc w przyszłym tygodniu pojawi się pewnie zdjęciowa relacja. Udanej niedzieli :*


xoxo, Dorota

28 maja, 2015

Wiosna w Haddonfield


Wiosna to ostatnia z pór roku, której tu doświadczam. Wszystkie inne już za mną, co oznacza, że wielkimi krokami zbliża się moja rocznica pobytu w Ameryce. Sama nie mogę w to uwierzyć! Tak się akurat złożyło, że ten dzień będę świętować w możliwie najlepszy dla mnie sposób. Kolejne marzenie się spełni, kolejny punkt z listy zostanie skreślony. Szczegóły wkrótce ;) Szykuję też wielkie podsumowanie z tej okazji, gdzie będę potrzebowała się też trochę wygadać, bo następny rok mojego pobytu zapowiada małą zmianę. Dobra, dla mnie dużą, ogromną i w ogóle niefajną. Przedtem jeszcze moje 21 urodziny, których wręcz nie wypada nie obchodzić hucznie będąc w USA :P
Co do wiosny w New Jersey. Ciężko jest, za ciężko! Temperatura znacznie wyższa, powietrze o wiele cięższe niż w Polsce. Dla mnie już jest lato, a szkoda, bo wiosna zawsze była moją ulubioną porą roku. Serio już tu zdycham od miesiąca i nie chcę sobie nawet przypominać tej tragedii, która jest na zewnątrz latem! Zdecydowanie najprzyjemniej jest tu jesienią.
Troszkę zdjęć:
















xoxo, Dorota

15 maja, 2015

Mother's Day / Country Dance Lesson

Dziś posta piszę z telefonu, bo jestem idiotką i zalałam swój laptop wodą. Jeszcze nie wiem ile naprawa mnie wyjdzie, ale tutaj takie sprawy sa dość kosztowne, więc możliwe, że bardziej będzie mi się opłacało kupić nowego laptopa (nie żeby ten był kupiony 8 miesięcy temu...). Tak czy siak - sporo postów ze zdjęciami z aparatu będzie opóźnionych.

W ostatnią niedzielę Ameryka obchodziła Dzień Matki. Z początku zupełnie się tym dniem nie przejmowałam, planowałam jedynie kupić coś hostce od dzieci (jako że w domu nie ma taty, to czuję się odpowiedzialna za takie rzeczy) i pojechać na cały dzień do Nowego Jorku. Kiedy powiedziałam o tym hostce, momentalnie stała się zasmucona i jakby zawiedziona. Nie kazała mi zrezygnować z wyjazdu, ale młoda sugerowała, żebym jednak z nimi tego dnia została. Biletów jeszcze kupionych nie miałam, więc postanowiłam zostać. Nie za bardzo jednak rozumiałam dlaczego, przecież hostka nie jest moją mamą. Potem jednak wszystko zrozumiałam. Tutaj (mam na myśli moją host rodzinę i ich otoczenie) dnia nie obchodzi się na linii dzieci-ich mamy, tylko każda mama jest solenizantką dla każdego! Moja hostka kupowała kartki dla wszystkich matek z najbliższej rodziny, krzyczała 'happy Mother's Day' do sąsiada i idąc dalej... ja też dostałam prezenty na Dzień Matki, pierwszy raz w życiu, haha! Ale przyznam, że było mi bardzo miło, że i hostka i dziadki tak doceniają to, co robię z dziećmi. Tego dnia wybraliśmy się na elegancki brunch do budynku, w którym pracuje moja hostka. Okazało się, że jest to czwarty w kolejności najwyższy budynek w Philadelphi. Objadanie się pysznościami w restauracji na 52 piętrze z widokiem na całe miasto, było warte zrezygnowania z NYC tego dnia ;) 


Zestaw dla hostki. 

Zdjęcie z internetu. To ten wyższy biały budynek :)

W środku wszystko było super fancy, a jedzenie było serwowane w postaci szwedzkiego stołu. Każdy z nas chodził po dokładki min. 4 razy, a i tak wszystkiego nie spróbowaliśmy! 

Widoczki z restauracji.




*
Kwietniowe spotkanie mojego clustera odbyło się w popularnej knajpie country w New Jersey. Ludzie w kowbojkach, kapeluszach i koszulach narobili mi jeszcze większego smaka na Nashville! Miałyśmy sporo funu ucząc sie tańca country, bo oprócz nas byli jedynie starsi ludzie i dzieci :D Przez to, że pojechałyśmy w niedzielę. Czwartkowe wieczory sa zadedykowane kobietom i podobno dobrze zbudowani panowie w kapeluszach bardzo zachecają do przybycia tam tego dnia ;) Tak czy siak - dobrze się bawiłyśmy i kolejny punkt z listy skreślony!



A oto cały mój cluster!


A teraz wracam do moich nowych uzależnień, czyli seria ksiażek Harry'ego (po raz 97165738271) na zmianę z Sex and the City. I moja Natalia wraca z Polski w niedzielę! Przez te trzy tygodnie jej nieobecności zintegrowałam się z innymi dziewczynami bardziej, niż przez ostatnie 10 miesięcy :P I przy okazji utwierdziłam się w przekonaniu, że nie liczy się ilość, a jakość! 


I życzę sobie powodzenia na nadchodzacy tydzień, bo hostka wyjeżdża do Europy. Witaj telewizjo po powrocie dzieci ze szkoły, aż to wieczora, hehe :D 



xoxo, Dorota













05 maja, 2015

South Street Philadelphia


Filadelfia to nie tylko park ze znakiem LOVE, schody Rocky'ego, czy historyczne budynki. To także urocze uliczki z ceglanymi kamienicami i romantycznymi kawiarenkami. Tak właśnie wygląda dolna część Center City, nazywana South Street (kończy się na ulicy o tej nazwie). Jest to ta bardziej artystyczna część miasta, gdzie można zobaczyć ciekawie ubranych ludzi i znaleźć klimatyczne knajpy. Razem z Natalią odkrywałyśmy w sobotę tamte okolice i obie jesteśmy zachwycone. Tak się złożyło, że tego dnia, w jednym z mniejszych teatrów w tej dzielnicy wystawiana była sztuka, w której grała moja host daughter, co było idealnym zwieńczeniem dnia. A pod względem jedzeniowym był to chyba najlepszy dzień w moim życiu :D Na koniec wróciłyśmy do Haddonfield, objadałyśmy się lodami Ben&Jerry's i planowałyśmy wstępnie nasze kolejne, po Miami, wspólne wakacje :)






























W tamtej okolicy znajduje się dom Kościuszko.

Na pewno za jakiś czas się tam wybiorę!


Okazało się, że akurat na South Street odbywa się tego dnia festiwal.

Kolesie naprawdę świetnie grali, więc zrobiłyśmy sobie przerwę i chillowałyśmy na trawce słuchając zespołu, którego nazwy nawet nie pamiętam.

Cieszę się na maxa na sezon festiwali, piwkowania, grillowania i słuchania dobrej muzyki na żywo <3 Nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba! 

 W takich sytuacjach mój superciężki obiektyw spisuje się idealnie. Dobrze też sprawdza się jako lornetka :P


Szalony wokalista co chwilę coś wymyślał, gdzieś wchodził, biegał, zapraszał dzieciaki na scenę. 


 Tłumy na South Street niestety przeszkodziły mi w fotografowaniu tej ulicy, na której jest wiele fajnych sklepów, ale na pewno tam jeszcze wrócę!

Cookies and Cream i Raspberry Truffle od Bassets Ice Cream. Najlepsze lody w moim życiu!

No i w końcu spróbowałam filadelfijski klasyk - cheesesteak od Jim's Steak. NIEBO! Serio, dawno nie jadłam czegoś tak dobrego, choć wygląda niepozornie.


xoxo, Dorota