Zimowe wieczory nie są takie złe z moim chłopakiem u boku ;) Pogoda nas tu na razie rozpieszcza. Średnia temperatura w grudniu wynosiła jakieś 15 stopni. Teraz jest znacznie chłodniej, ale nawet nie ma co porównywać do tych mrozów w Polsce. Oby tak dalej! Zimo, precz!
Prezencik od Eleny i jej mamy. Chłopak Eleny zrobił jej cudowną niespodziankę w grudniu i sprowadził w tajemnicy jej mamę z Meksyku! Pojechali razem na lotnisko odebrać 'znajomych', a tu jej mama wychodzi ;) Jednak istnieją jacyś porzadni faceci w Ameryce :D
Asian Pork Dumplings. Stałam się taką kucharzyną, że hoho! Hostka zamawia paczki z przepisami i produktami pewnej firmy, na cały tydzień, a ja potem latam w kuchni tworząc obiadki z kuchni całego świata. O dziwo bardzo to lubię i chyba nauczyłam sie gotować w Ameryce :D Kto by pomyślał!
Z moimi polskimi dziewczynami robiłyśmy sobie prezenty na święta. Każda wylosowała jedną osobę i sama musiała sobie radzić ze znalezieniem prezentu.
I taki oto cudowny zestaw dostałam <3
Takie selfie to trochę nie w moim stylu, ale muszę pokazać ten uroczy sweterek :D
Urodziny Eleny. A potem wyjechała do Meksyku na święta, tak jak Natalia do Polski... I zostałam, biedna sama ja ;P
Ale znajomi amerykańscy nie zapomnieli o mnie ;)
Na babysittingu pomagałam stroić domek z piernika. U mnie w domu nie robi się takich rzeczy, więc meeega się cieszyłam na to amerykańskie doświadczenie ;)
Aż tak samotna nie byłam, bo opiekowałam
się ta cudowną psinką sasiadów, a także kotem i myszą (dobre połączenie!).
Wstawanie o 6 rano, dużo za dużo prezentów, brak dobrego jedzenia. No nie, nie polubię świąt w Ameryce! Nieważne jak kochana jest host rodzina.
Spotkanie u mojej community counselor. Czyli dużo żarcia i ploty!
Udało mi się za darmo wejść na mecz NBA! Jeden bilet wart był $190, także miejsce przegenialne. Wprawdzie filadelfijska drużyna jest raczej kiepska, ale przyjechał dobry zespoł z Nowego Jorku, także było dużo ludzi. Koszykowka to zdecydowanie mój ulubiony sport z tych wszystkich popularnych w Ameryce. Świetna atmosfera, dobry mecz, koszykarze i przede wszystkich cheerleaderki jak z filmu. Ha, znowu poczułam przez chwilę, jakbym była w filmie. Jeszcze czasami, nawet po półtora roku pobytu tu, mi się to zdarza :)
Gdzie jestem w każdy weekend? Irish Mile! Haha, uwielbiam ten pub.
Mogłabym z selfie z tego pubu zrobić całkiem duży kolaż :D
Sylwester z moimi dziewczynami! Amerykanie nie podchodzą do tego dnia, jak my. To znaczy, większość ludzi i tak uważa, że to dzień jak dzień, a zwykle najlepsze imprezy przeżywa się w zwykłe dni. Ja też jestem tego zdania. Ale mimo wszystko brakuje mi szampana o 12, składania sobie życzeń. A oni tylko skupiają się na pocałunku o północy, już nieważne z kim. Co za żenada. My posiedzieliśmy u Eleny, potem poszaleliśmy w pubie, a na koniec poszliśmy na domówkę, na której z Natalią puściłyśmy polską muzykę i przetańczyłyśmy cała imprezę :D
No i na koniec moja największa miłość. Serio, nie sądziłam, że można tak bardzo kochać psa!
A tak poza tym, to zostały mi niecałe 4 miesiące do powrotu do Polski. 4 MIESIĄCE. Ja naprawdę nie wiem kiedy to przeleciało. Pewnie, że okropnie nie mogę się doczekać spotkania z bliskimi, ale cholera, ja nie wiem co to będzie. Im bliżej wyjazdu, tym w większą panikę wpadam. Ale staram się skupić na planowaniu travel month, dzięki temu nie myślę o tym tak bardzo! I odkładam jak tylko mogę wysłanie papierów do agencji z wybraną datą lotu, jakby to miało w czymś pomóc. Życie jest takie ciężkie :D
xoxo, Dorota
































































