Host mom puszczająca w samochodzie Foo Fighters i Joy Division (!), jej brat przygrywajacy na gitarze i włączający mi na telewizorze Lollapalooza na żywo, jego żona podróżująca po całych Stanach zawodowo, ich śliczne córeczki w wieku szkolnym, babcia z ironicznym poczuciem homuru, którą uwielbiam, dziadek co chwilę robiący zdjęcia i przysypiajacy na fotelu, przypatrując się swojej rodzinie. I rodzina z Texasu: małżeństwo, które jest ze sobą od ukończenia 14tego roku życia, ich dwa słodkie rudzielce i 3-letnia dziewczynka z burzą kręconych loków, grająca do Frozen tak, że można się popłakać ze śmiechu lub wzruszenia, wytatuowane małżeństwo artystów z uroczym synkiem z blond loczkami i córeczką w drodze, przystojny, że to aż niemożliwe 35-letni, profesjonalny strażak z Houston z głuchoniemym synem...
Pływanie kajakami, wędrowanie po skałach, opalanie, piwkowanie (już znają 'na zdrowie' ;d), moje pierwsze marshmallow z ogniska, kąpiele w nocy w jeziorze, obalanie tequili i przypatrywanie się gwiazdom (dwie spadające!) przy ognisku z wymarzonym kompanem...
Do tego te widoki po drodze, te domy, te farmy, te pola i lasy...
Pocono Mountains. Dalsza część amerykańskiego snu.
Bo czuję się tutaj, jakbym grała w najbardziej amerykańskim z amerykańskich filmów.
Dobrze się bawiliśmy, tylko zdjęcia nie chciał :D
Zaraz po przyjeździe popsuł mi się obiektyw, dlatego mam tylko zdjęcia robione z telefonu, które hostka mi wysłała.
Czy ja coś mówiłam, że miewam cięższe chwile..?
Jest cudownie!
xoxo, Dorota
