Piękne to Chicago! Nie spodziewałam się, że to miasto tak mnie sobą zauroczy. Bardzo czyste, estetyczne i eleganckie centrum robi duże wrażenie. Za to spacerowanie wzdłuż ogromnego jeziora Michigan byłoby jedną z moich ulubionych czynności, gdybym tam mieszkała. Jednak to dzielnica, w której położony był nasz hostel, najbardziej mi się spodobała. Stylem przypominała mi trochę East Village w Nowym Jorku - pełna ciekawych restauracji, pubów i kawiarni, zatłoczona młodymi ludźmi. Chicago zrobiło nam niespodziankę i przez pełne trzy dni naszego pobytu świeciło słońce i tempreratura była idealna do zwiedzania. Choć przyznam, że wiatr rozwiał wszelkie moje wątpliwości co do popularnego określenia tego miasta, jakim jest Windy City. Niech nikogo wysoka temperatura nie podkusi do zostawienia w hostelu kurtki! Wiatr w przeciągu kilkunastu minut sprawił, że z przyjemnego, wręcz upalnego dnia, znowu na chwilę wróciłyśmy do trzęsienia się z zimna. Właściwie już powinnam być zahartowana po ostatniej amerykańskiej zimie. Ale narzekać nie mogę - po trzech dniach mojego pobytu pogoda popsuła się tam kompletnie. Wyjazd udany pod wieloma względami, pod zdjęciami będę się trochę rozpisywać ;)

Zaraz po przyjeździe udałyśmy się zobaczyć słynną fasolkę, oficjalnie zwaną Cloud Gate.
Dużo czasu tam spędziłyśmy, bawiąc się fotografowaniem, jednak tłum ludzi skutecznie nas zniechęcał.
Pod fasolką.
Jay Pritzker Pavilion, przepiękny amfiteatr znajdujący się w Millenium Park.
Kierowałyśmy się tym mostkiem, który ostatecznie zaprowadził nas w zgubne miejsce.
Zaprowadził nas w sam środek ogromnego placu zabaw, z całą chmarą rozwrzeszczanych dzieci. A wydostanie się stamtąd okazało się na dodatek bardzo skomplikowane. Przeznaczenie? ;)
Buckingham Fountain, niestety jeszcze nieczynna.
Miałam wrażenie, że obojętnie gdzie spacerowałyśmy, zawsze miałyśmy inny piękny widok na centrum miasta.
Elena, koleżanka z Meksyku. okazała się kolejnym idealnym dla mnie kompanem do podróży. Cieszę się, że nie trzymałyśmy się z koleżankami z Włoch, które nocowały w innym miejscu. Miały nieco inne priorytety i już wiem, że odkrywanie miasta z nimi nie byłoby tak przyjemne. Z Eleną rozumiałyśmy się bez słów, korzystalyśmy z każdej minuty i świetnie się razem bawiłyśmy.
Niewiele osób wie, że w Grand Park w Chicago znajduje się Agora, rzeźba zaprojektowana przez polską artystkę Magdalenę Abakanowicz, pochodzącą spod Poznania (jaka duma! :D).
Rzeźba wywołuje u ludzi dość sprzeczne odczucia. Jak ciocia wikipedia podpowiada, autorka wychowała się w czasie drugiej wojny światowej i sztuka opiera się na jej strachu przed tłumem. Sylwetki bez tułowia i głów oznaczają bezmyślne zachowania ludzi, działających pod komendę.
Spokojne miejsca z widokiem na centrum miasta zawsze podobają mi się bardziej niż przebywanie w samym centrum.
Uwielbiam to zdjęcie!
Przed Adler Planetarium znajduje się pomnik Mikołaja Kopernika :)
Choć ludzie bardziej zainteresowani byli tą sztuką.
Kolejnym polskim akcentem był pomnik Kościuszko.
Było sporo widoczków na centrum, więc teraz przenosimy się do wewnątrz.
Takich polskich akcentów była cała masa!
I wszędzie takie schody <3 Myślałam wcześniej, że to typowe tylko dla Nowego Jorku.
Kolejnego dnia udałyśmy się na Willis Tower, najwyższy budynek w mieście.
Podobno przy dobrej widoczności można stamtąd dostrzec obszary czterech stanów: Illinois, Michigan, Indiana i Wisconsin.
Jak dla mnie widok spokojnie może konkurować z tym z Top of the Rock w Nowym Jorku.
Ostrzegam: będzie dużo mnie :D
A to Willis Tower z zewnątrz.
Całkiem przypadkiem trafiłyśmy pod studio Abc, gdzie mogłyśmy śledzić newsy na żywo :P
Niby podobne wysokie budynki, przestrzeń, ale jednak zupełnie inny klimat niż w Philly. Dla mnie centrum Chicago jest bardziej elegancką, za to mniej zatłoczoną wersją Upper East Side.
Obowiązkowym punktem było spróbowanie pizzy w chicagowskim stylu, tzw. deep dish pizza. Poszłyśmy do jednej z najbardziej polecanych restauracji - Giordano's.
Samo przygotowanie tego rodzaju pizzy trwało 45min. Mogę tylko powiedzieć, że opłacało się! Na samo wspomnienie robię się głodna *.*
Po jedzonku skierowałyśmy się do Navy Pier, molo położonym nad jeziorem Michigan. Jest to podobno atrakcja numer 1 w Chicago i być może miałam zbyt wygórowane oczekiwania, bo się zawiodłam. Bardzo możliwe, że wieczór nie jest najlepszą porą na odkrywanie tego miejsca lub po prostu nie przewidziano żadnych atrakcji w niedzielę wielkanocną.
Deptak świecił pustką, a kiedy już mijałyśmy jakichkolwiek ludzi, byli to tylko Polacy. Już przestało mnie to zaskakiwać :P
Dla takich widoków opłacało się tam trochę pomarznąć ;)
Za to droga powrotna przez Riverwalk przerosła nasze oczekiwania.
Niech mi ktoś powie, jak można nie polubić Chicago? ;)
Ostatniego dnia wróciłyśmy do fasolki, żeby porobić zdjęcia bez tłumów.
Ostatni spacer miastem.
Obie z Eleną chciałyśmy przepłynąć się rzeką, żeby zobaczyć Chicago z innej perspektywy. Wszelkie rejsy zaczynały się od $20, więc postawiłyśmy na taxi wodną, która za $3 zaoferowała nam krótką, ale satyskacjonującą przejażdżkę. Jedynymi klientami oprócz nas była para francuska, którą tego samego dnia rano spotkałyśmy w sklepie z kapeluszami w zupełnie innej dzielnicy miasta, haha. Świat jest mały!




Jednym z fajniejszych akcentów wyprawy do Chicago było spotkanie z Agnieszką, czytelniczką mojego bloga. Poradziła nam spotkanie się w kawiarni na innej wieży, John Hancock Center. W porównaniu do Willis Tower, gdzie trzeba za bilet zapłacić $20, tutaj wstęp jest bezpłatny. Jedynym warunkiem jest zakup czegokolwiek w kawiarni lub restaruacji znajdujących się na górze. A żeby tam wejść należy mieć skończone 21 lat lub być pod opieką rodzica. Ten problem okazał się być żadnym problemem :) Z Agnieszką przyjechał mąż i jego tata, akurat odwiedzający ich w tym czasie. Ostatecznie wyszło, że mam nowego brata i tatę, z którym miałam prowadzić luźną, rodzinną pogawędkę przy sprawdzaniu dokumentów. Najśmieszniejsze było to, że trudno nam się było dogadać, bo każdy z nas mówił w innym języku! To było bardzo zabawne doświadczenie mówić do kogoś po polsku i słyszeć odpowiedź po niemiecku, haha :)
Randka w takim miejscu? Muszę przyznać, że facet nieźle by zapunktował ;)
Po obejrzeniu zdjęć stwierdziłam, że widoki z tego drapacza chmur były jeszcze piękniejsze niż z Willis Tower.
A te widoki pochodzą z... damskiej łazienki! Chyba nie ma na świecie piękniej położonej toalety ;)
I tutaj z Agnieszką :) Świadomość, że takie osoby czytają mojego bloga, jest niezwykle miła i daje dużo motywacji do dalszego, regularnego pisania! Agnieszka zabrała nas później do polskiej restauracji, gdzie zjadłyśmy pyszny obiad. O tym co jadłyśmy (:D) i jak Elena oceniła polskie jedzenie (jej pierwszy raz!), dowiecie się w drugiej części relacji z Chicago, gdzie zrobię małe uzupełnienie zdjęciami z telefonu, bo nie chciałam mieszać. Zresztą post i tak dość długi wyszedł.
xoxo, Dorota