Od host rodzinki - z okazji pierwszego tygodnia w Ameryce :)
Cu-dow-ny weekend!
Zaczelo sie
w piatek, od spotkania z Natalia – polska au pair z Marlton (oddalone
ok. 15min samochodem ode mnie). Jako ze chcialysmy
uczcic nasze pierwsze spotkanie, postanowilysmy wybrac sie do miasteczka, w
ktorym byc moze uda mi sie wejsc do baru bez ID. Skonczylo sie na tym, ze
zadnego pubu nie znalazlysmy, ale gadalo nam sie tak fajnie, ze wystarczylo nam
spracerowanie po Collingswood.
Sobota!
Umowilam sie z Elena (Meksyk), ktora mieszka w tej samej miescowosci co ja.
Wypilysmy kawke w Starbucksie i pojechalysmy do niej do domu. Pracuje tu jako
niania, ale wszystko zalatwila sobie przez facebooka. Podobnie jak jej
kolezanka, ktora akurat byla u niej w odwiedziny, a pracuje i mieszka w San Antonio
(aaaa, tak bardzo chce tam jechac!). Meksykankom latwo znalezc tutaj prace au
pair na wlasna reke, podobnie jak nam w Europie. Gadalo nam sie super! Do tego
razem z Elena jedziemy niedlugo do pobliskiego collegu zorientowac sie co do
kursow dla mnie. Planujemy tez razem biegac na jesien. Jak fajnie miec tu kogos
tak fajnego, tak bliziutko! Troche czasu spedzilam tez z au pairkami z Czech
(jachalam z nia jej cudownym Mini Cooperem, aaaaa! <3) i Wloch. Pierwsza z
nich ma rematch po 6 miesiacach i byl to jej ostatni wieczor tutaj… Dziewczyny
dawaly sobie drobne prezenty pozegnalne. Bylam w szoku, jak bardzo sa ze soba
zzyte, jak przezywaja rozstanie! Smutne, ale z drugiej strony to tak wazne, by
znalezc sobie tutaj takie osoby, ktorych potem zegnanie bedzie najtrudniejsza
czescia calego au pairowania. Po powrocie, wieczorem, planowalam sobie
posiedziec u siebie, poogladac seriale. Ale u mojej host rodzinki nie czuje sie
jak u obcych ludzi w pracy, a skoro mam wolne, to ide do siebie. Czuje, jakbym
byla tutaj u cioci, ktorej pomagam przy dzieciach i zwyczajnie spedzam z nimi
czas. Dlatego pobiegalam troche z
mlodym po domu bawiac sie w cieplo – zimno, co skonczylo sie tym, ze razem z M.
(hostka), przewertowalysmy cala lodowke w poszukiwaniu dlugopisu :D
No i niedziela!
Zaczelam juz o 8 rano, kiedy to wybralysmy sie z hostka do kosciola. Tak
wczesnie, bo potem pojechalam do Philly, finally! Pociagiem mam tam niecale
20min. Polazilysmy z Natalia tak po prostu, bez wiekszego planu. Od razu
pokochalam to miejsce - czyste, przyjemne i ten piekny ratusz… Filadelfia nie jest tak przytlaczajaca, jak zwykle to bywa w duzych miastach. Juz wiem, ze bede tam spedzac bardzo duzo czasu :)
Zostawiam
Was ze zdjeciami z naszej wycieczki. Niestety znow wstawiam nieprzerobione, bo
wciaz uzywam starego laptopa. Dzis cala szczesliwa pojechalam po nowego do Best
Buy w Cherry Hill. Nie dosc, ze po drodze pelno robot drogowych, przez co
musialam jezdzic bocznymi drogami (czego moj GPS nie rozumial), a co dostarczylo mi sporej dawki stresu, to okazalo sie,
ze sklep jest beznadziejnie zaopatrzony i nawet nie mialam w czym
wybierac! I nadal musze uzywac tego zacinajacego sie starucha...
Chinatown. Baaardzo srednie!
Ratusz. Bardzo mi sie spodobal ten budynek, wiec przygotujecie sie na wiele jego zdjec z roznych ujec.
Nie wiem o co temu panu chodzilo, ale skoro sie juz przede mna polozyl, to uznalam, ze wypada zrobic zdjecie ;)
Poznajecie to charakterystyczne miejsce? Spodziewalam sie, ze to wszystko wyglada w rzeczywistosci gorzej i tak naprawde przy ulicy bedzie tylko postawiony znak LOVE, a okazalo sie, ze to bardzo przyjemne miejsce do posiedzenia.
Ladnie wygladaja, ale byly beznadziejne w smaku (mowie to ja - fanka pizzy, ktora uwielbia nawet mrozonke!)
Wszystkie au
pairs, z ktorymi rozmawialam w sobote mowily, ze jestem szczesciara. Ze
poludniowe New Jersey jest najciekawsze. Ze moje miasteczko jest w porownaniu do ich najbardziej urokliwe. Ze moja host rodzinka jest wspaniala. I faktycznie. Czuje,
ze jestem szczesciara.
xoxo, Dorota