25 maja, 2016

Piękny Grand Canyon i traumatyczna przejażdżka Route 66


Pobudka o 7 rano, szybkie śniadanie w postaci zimnej pizzy z poprzedniego dnia, darmowa kawa w recepcji i czas na zaliczenie kolejnego stanu! Fox Rent a Car nie cieszy się specjalnie pochlebnymi opiniami, ale to chyba jedyna firma wypożyczająca auta przy użyciu karty debetowej, więc wszystkie au pairki są na nią skazane. Ja jednak nie mogę powiedzieć złego słowa - przy załatwianiu formalności wszystko poszło szybko i sprawnie, cena całkiem okej, auto w porządku. Droga do Wielkiego Kanionu robi OGROMNE wrażenie. Jest naprawdę przepięknie. Nic, tylko włączyć fajną muzyczkę i cieszyć się widokami. Prowadziło się całkiem przyjemnie, jednak przyznam, że tyle godzin za kierownicą trochę dawało w kość. Byłyśmy tylko we dwie i każda z nas zrobiła w tą stronę grubo ponad 2h.
Wielki Kanion? Jest naprawdę wielki, haha. Przez jakieś pierwsze 15min nie mogłam dojść do siebie. Najpierw musiałam odejść nieco dalej i złapać oddech, tak ogromne wrażenie na mnie zrobił. A nawet nie mam lęku wysokości. To jedno z tych miejsc, którego się po prostu nie da opisać i oddać ogromu i uroku na zdjęciach. To po prostu trzeba zobaczyć. Spędziłyśmy tam kilka godzin przemieszczając się między różnymi punktami widokowymi. Chciałyśmy wyjechać za jasnego, żeby jeszcze coś zjeść i na spokojnie i bez strachu wrócić sobie do Vegas. Hehe, wtedy jeszcze nie miałyśmy pojęcia, że przed nami najstraszniejsze chwile naszego życia!
Jechałyśmy sobie spokojnie, wciąż oddalone dość sporo od Vegas, ale z dużym zapasem czasowym. No to mówię: "zróbmy coś szalonego! Może zjedziemy trochę z autostrady na historyczną Route 66? Poczujemy się znowu jak w filmie". Natalię na takie rzeczy długo namawiać nie trzeba. Sprawdziłyśmy drogę, wyszło, że trzeba zboczyć tylko troszkę, a do Vegas trafimy może trochę ponad pół godzinki później. No to wio!
Byłyśmy zachwycone. Jeśli kiedykolwiek mówiłam, że czuję się jak w filmie, to było to nic w porównaniu do tamtej drogi. Magia! Pustynne drogi, w oddali góry, dzika zwierzyna i tylko my na drodze. I powoli zachodzące słońce. A my jedziemy, jedziemy, paliwo sobie ucieka. I ciągle jedziemy, a to słońce jest coraz niżej. To był moment, kiedy obie uznałyśmy, że dobrze byłoby już wyjechać na główną drogę. Postanowiłam sprawdzić kiedy to nastąpi i w tym momencie zasięg kompletnie zniknął. Jesteśmy bez GPSa. Same na drodze. Po zmroku. Ewidentnie też zbliżał się czas na zatankowanie. Kojarzyłam, że gdzieś po drodze powinno być miasteczko, więc obie skupione byłyśmy tylko na tym, żeby tam dotrzeć. Zatankujemy, zobaczymy inne samochody, weźmiemy się w garść. W końcu, po dużym stresie, dotarłyśmy do miasteczka. Starałyśmy się nie myśleć o tym, że wygląda ono bardziej jak miasteczko duchów. Już nie wiedziałam, czy nie lepiej było na tej drodze. Zatrzymałyśmy się na stacji benzynowej i desperacko szukałyśmy ludzi, żeby upewnić się, że dalsza jazda tą drogą o tej porze jest bezpieczna. Spotkałyśmy jednego faceta i cóż, jeśli cokolwiek mogłoby nas w tej sytuacji jeszcze bardziej wystraszyć, to był to właśnie on. Natalia była tak rozstrzęsiona po krótkiej rozmowie z nim, że nie była w stanie dłużej prowadzić. Uciekłyśmy stamtąd. Dalsza część drogi była nieco inna. Co jakiś czas pojawiały się inne auta na drodze. Z tym, że było już ciemno jak w dupie. Zamiast pustynnych krajobrazów, pojawiły się góry, a jak góry, to i przepaści. I tylko światło samochodowe. Było tak strasznie!!! Jeszcze ten cholerny zając, który wpadł nam pod koła. Obie byłyśmy tak przerażone, że nawet się do siebie nie odzywałyśmy. Dalej zero zasięgu, żadnego GPSa, niemal same na drodze w totalnej ciemności, wśród dzikiej przyrody. Do tego zmęczone, rozstrzęsione, zestresowane. Myśl, że coś się popsuje w aucie, a my bez zasięgu w tej ciemności będziemy czekać na pomoc przejezdnych, którzy okażą się psychopatami, gdzieś mi kiełkowała w głowie. To już w ogóle byłoby jak w filmie, hehe. Ale trzeba było się spiąć, wytrzymać i dojechać. I w końcu, po dłuuuugim czasie, zaczęłyśmy dostrzegać światła w oddali. Jesteśmy uratowane! :D Dojechałyśmy do głównej drogi i niemal natychmiast zatrzymałyśmy się na stacji. Stamtąd wciąż miałyśmy jakieś 2h do Vegas, emocje wciąż w nas siedziały, więc te 2h za kierownicą były bardzo trudne. Na tamten moment obie wolałyśmy unikać rozmowy o tym, co przed chwilą przeżyłyśmy, więc wymyślałyśmy idiotyczne tematy, byle tylko utrzymać energię i skupienie do prowadzenia auta. Do dziś wesoło wspominamy nasze długie, przejmujące konwersacje o nowym kolorze włosów Tylor Swift i o niani Violetty Villas :D Po powrocie zaopatrzyłyśmy się tylko w browary i długo wymieniałyśmy wrażenia z jazdy historyczną Route 66...































Łuhuuu, wjeżdżamy na Route 66!


Tu zadowolona pokazuję, że jesteśmy zupełnie same na drodze.


To jest chyba najbardziej przerażające zdjęcie z tej drogi.


I to już ostatnie zdjęcie. Odłożyłam aparat i myslałam tylko o tym, żeby przetrwać :D



xoxo, Dorota

16 maja, 2016

Vegas baby!


Pierwszym punktem naszej dwutygodniowej podróży było Las Vegas. Miasto grzechu, luksusowych hoteli i hazardu. No i idealne miejsce wypadowe do innych atrakcji, takich jak chociażby Wielki Kanion. Miasto bardzo specyficzne. Składa się praktycznie z samych hoteli, a niemal w każdym z nich znajduje się kasyno. Przy nich można znaleźć restauracje, sklepy i właściwie wszystko, co zadowoli turystów i skłoni do wydawania $$. Z racji tego, że konkurencja jest wysoka, często można znaleźć noclegi w luksusowych hotelach w bardzo atrakcyjnych cenach. My niestety przyjechałyśmy w czasie, kiedy wszystko było drogie, więc zatrzymałyśmy się w motelu. Ale poza dziwnymi ludźmi, byłyśmy bardzo zadowolone :D Nie jesteśmy z Natalią bardzo 'klubowymi' dziewczynami, do tego wylądowałyśmy w Vegas świeżo po baaaardzo udanej imprezie pożegnalnej ze znajomymi z NJ, więc szaleństwa wielkiego nie było. Ale sporo połaziłyśmy, trochę pograłyśmy w kasynie, popiwkowałyśmy i pobyt był bardzo udany. Ale potem jeszcze fajniej było opuścić miasto na rzecz cudownej Kalifornii, a dokładnie San Diego! <3




Miasto otoczone jest z każdej strony górami. Wygląda to przepięknie, wręcz jakby były doklejone.

Wedding chapels na każdym kroku :)

Ta była wyjątkowo urocza.

Obowiązkowy punkt do zaliczenia w Las Vegas. Zwędziłam panu robiącemu zdjęcia flagę amerykańską i trochę sobie potańczyłyśmy i poskakałyśmy z Natalią przy pozowaniu :P

To zdjęcie nas szczególnie rozśmieszyło, bo wcale nie planowałyśmy takiego słodziaśnego zdjęcia, a potem wyszło, że obie jesteśmy z nóżką u góry hahah.




W kasynie spędziłyśmy ok. 2h. Każda grała za dolara, a darmowe piwko było nam ciągle donoszone :D


Wygrałam całe $10!


Las Vegas nocą robi wrażenie. Budynki są pięknie oświetlone, wszędzie uliczni artyści i muzyka.







Bardzo popularną atrakcją jest pokaz fontann przy hotelu Bellagio. Przez kilka minut woda tańczy w rytm muzyki. Polecam!


Przyznam, że zdjęcia w Vegas troszkę odpuściłam, ale fotografowanie budynków niespecjalnie mnie jara. Poza tym w głowie siedziała mi nadchodząca wycieczka do Wielkiego Kanionu i oszczędzałam sprzęt na tą okazję ;) A więc w następnym poście męczę Was zdjęciami z Kanionu! 


xoxo, Dorota