Dziś, wyjątkowo, uraczę Was postem typowo tekstowym. Żadnych zdjęć. Zdjęć będzie milion, jak zacznę tworzyć posty z mojej podróży :)
Dwa dni w New Jersey, po powrocie z travel month, a jeszcze przed wylotem do Polski, były chyba z milion razy trudniejsze, niż myślałam. Najpierw obiad pożegnalny, gdzie cała host rodzina, łącznie z wujkami, kuzynostwem itd. się zebrała. Bardzo mnie to wzruszyło. Całkiem dobrze się trzymałam, do czasu, gdy zaczęło się otwieranie prezentów. Ja w centrum, oni wszyscy mnie obserwują, słodka Sage czyta kartkę dla mnie i w tym momencie odwracam się do hostki i szepczę: I really wanna cry right now. Usłyszałam w odpowiedzi: You're allowed to cry! No to ryczałam haha. Wszyscy łzy w oczach, hostka też ryczy. Miałam ochotę uciec do pokoju, a najlepiej to jak najszybciej wylecieć. Ale jeszcze raz, na sam koniec, udowodnili mi, że lepszej host rodziny mieć bym nie mogła!
Poniedziałek był emocjonalną tragedią. Obie z Natalią nie pracowałyśmy, więc porobiłyśmy coś tam razem. Tyle że jak obie się dobrałyśmy, z tym rozstrojeniem emocjonalnym, to było jeszcze gorzej! Jak jedna się uspokoiła, to druga przeżywała, no to wtedy i ta pierwsza nie wytrzymywała haha. Było baaaardzo ciężko. Na szczęście nieco później udało mi się wyjaśnić i oczyścić pewną relację, na której bardzo mi zależało, dlatego czułam się o niebo lepiej. Nadchodziła ostatnia noc w moich ukochanych Stanach. Miałam ochotę coś porobić, ale bez żadnych szaleństw. Także chillowałam jeszcze noc przed wylotem ze znajomymi, siedząc do rana, pijąc piwko i oglądając Bonda ;P Po raz ostatni słyszałam 'na zdrowie' z amerykańskim akcentem. Nie sądziłam, że ta grupka zakręconych chłopaków stanie mi się tak bliska. Już sama nie wiem komu z nas trudniej było powiedzieć 'goodbye'. Jest tak wiele osób, poza host rodziną, dla których warto tam wrócić!
Sam dzień wylotu... Oczywiście nie obyło się bez scen. Scenę zrobiłam jeszcze w domu, kiedy żegnałam się z psem. Chyba przy nikim innym łzy mi tak nie leciały, jak przy moim Rocco. Hostka nie była nawet w stanie na to patrzeć, wyszła z domu. Scenę zrobił też kochany dziadek, już w domu, dlatego też nie zabraliśmy go na lotnisko :D A okazało się to najlepszą decyzją, bo gdy byliśmy już w połowie drogi na lotnisko, zadzwonił, że... zapomniałam paszportu!!! Ludu, jak już ja o czymś takim zapominam, to wiedzcie, że jest ze mną źle. Potem wszystko mieliśmy załatwić szybko i sprawnie. Hostka, babcia... No i mój młody, który się chował w samochodzie, żeby tylko nie pokazać, jak mu jest ciężko. Za tym 10-latkiem będę jeszcze nie raz płakać. A potem to już tylko szłam przez lotnisko w Filadelfii, rycząc sobie, z moim małym pluszowym Rocco pod pachą.
Nigdy chyba nie miałam w sobie tylu różnych emocji na raz. Podekscytowanie, tęsknota, radość, przerażenie, smutek, załamanie, stres... Ale to tylko dowód na to, że ten wyjazd to była najlepsza decyzja w moim życiu. Nawiązałam tam przyjaźnie, które, mam nadzieję, będą trwały latami.
Powrót do Polski? Aaaaaaa, cudowny! Niespodzianka czekająca na mnie w domu zaraz po przyjeździe, czyli najbliższa rodzina i przyjaciele z transparentem, kwiatami, grill, tort... <3 Przez kilka dni nie ogarniałam świata, bo jetlag, bo wyjścia, bo opijanie powrotu ze wszystkimi po kolei. Nie miałam czasu absolutnie na nic. Oczywiście, że na samym początku miałam uczucie szoku i bywało, że na myśl, że ja już do Ameryki nie wracam, napływały mi łzy do oczu. Ale z czasem, kiedy chyba w końcu porządnie się wyspałam i zniknął kac trzymający od tygodnia, przyszło to uczucie, że to tu jest moje miejsce, moi ludzie, moja prawdziwa rodzina. I że to tu powinnam być. Zdaję sobie sprawę, że jeszcze będzie mi ciężko. Ba, nawet teraz jest, kiedy dostaję snapy od znajomych z Haddonfield spotykających się tam, gdzie zawsze razem się spotykaliśmy. Ale podobnie było tam, kiedy moi polscy znajomi bawili się beze mnie. Gdziekolwiek bym była - za czymś i za kimś będę tęsknić. Ameryka stała się moim drugim domem. A do domu prędzej czy później się wraca. I ja też tam będę wracać :)
Powoli ogarniam zdjęcia, więc szykujcie się na relację z travel month, bo się działoooo! :D A na samym, samiutkim końcu zrobię podsumowanie, jako takie oficjalne zakończenie prowadzenia bloga.
xoxo, Dorota
<333
OdpowiedzUsuń:****
UsuńCudowna rodzina <3 Jak tak napisałaś to na końcu o oficjalnym zakończeniu bloga, to aż mi się smutno zrobiło :( To pierwszy blog o au pair, który zaczęłam czytać regularnie i w całości (3/4 postów nawet po dwa razy) i szkoda, że już nie będzie takich fajnych postów z masą zdjęć i to takich świetnych :( Życzę możliwości niejednokrotnego powrotu do USA! :)
OdpowiedzUsuńMi też jest strasznie smutno, kiedy o tym myślę. Zamykam w ten sposób pewien etap w moim życiu.
UsuńDziękuję za miłe słowa! Wciaż nie dowierzam, że sa osoby, które tak regularnie czytaja mojego bloga :)
Jejku, czytałam ten wpis z wielkim zaciekawieniem, bo mnie to niedługo też już czeka.. powrót do Polski. :) mialabym pytanie dotyczące Twojego travel month, podrozowalyscie busami? :) gdzie spalyscie? Jakies tanie hotele, couchsurfing? :) też planuje tripa na travel month na zachod Stanów i zastanawiam się co będzie najrozsadniejsze i najtańsze. :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Cię serdecznie! :))
Podróżowałyśmy wszystkim czym się da, czyli busami, samochodem, samolotem... Sprawdzałam po prostu wcześniej ceny i porównywałam. Spałyśmy głównie w hostelach. Wiesz już gdzie dokładnie jedziesz? Chętnie Ci coś podpowiem :)
UsuńDorota! Mam ogromną prośbę! Nie zamykaj bloga! :) Zbyt wiele pracy w niego włożyłaś, żeby teraz to zostawiać. I wielu, który już są au pair, czy planują to (np. ja :)) są ciekawi ' powrotu 'emocjonalnego' do polskiej rzeczywistości.
OdpowiedzUsuńŚciskam, Asia
p.s. prawie poryczałam się z Tobą czytając o tych wszystkich pożegnaniach :( Jednocześnie marząc, żebym też miała takie szczęście za rok.
Ahhh, to takie kochane! <3
UsuńZastanowię się nad tym. Nie sadzę, żebym dała radę dalej prowadzić bloga z taka częstotliwościa, ale może jakiś post chociaż raz w miesiacu... Samej trudno mi sobie wyobrazić koniec tego wszystkiego.
Pożegnania sa okropne! Na samo wspomnienie mam łzy w oczach. Życzę Ci z całego serca, żebyś miała co najmniej tak cudowny czas za oceanem, jak ja!
Kilka tygodni temu przezywałam dokładnie to samo! Najpierw cudowny travel month, a potem powrót do Polski. Najpierw łzy na lotnisku w USA, w ogóle nie mogłam opanowac płaczu, ale potem mega powitanie z niespodzianką w Polsce, dokładnie jak u Ciebie :) Czuję się w Pl tak samo, jak i w USA, i doskonale rozumiem i czuję to zdanie: You will never be completely at home again, because part of your heart always will be elsewhere. That is the price you pay for the richness of loving and knowing people in more than one place.
OdpowiedzUsuńTak! Ten cytat do mnie też idealnie przemawia. Nic chyba lepiej nie opisuje naszej sytuacji :)
Usuń