Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Summation. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Summation. Pokaż wszystkie posty

13 lipca, 2015

ROK W AMERYCE - podsumowanie


Rok! To już rok! Z początku pełen niepewności, stresu i nerwów, związanych ze świadomością życia przez kolejny rok z zupełnie obcymi ludźmi. Pamiętam to doskonale. Wszystko było takie obce. Ekscytujące, ale przerażające. A potem wyjazd z hostami w góry, poznanie Natalii i kilka innych wydarzeń, które dodały mi siły i pewności, że to będzie wspaniały rok. I to tych pozytywnych emocji było znacznie więcej. Na tyle, że nie wyobrażałam sobie jeszcze wrócić do Polski. Ba, nie wyobrażałam sobie nawet opuścić mojego południowego New Jersey, z pozoru tak nieatrakcyjnego. Zapraszam na podsumowanie!


HOST RODZINA
Mogłabym o nich napisać kilkustronnicowe wypracowanie. Wspominałabym w nim wiele przemiłych sytuacji, ale też narzekałabym na masę rzeczy. Ale nie będę tego robić. Już dawno zadecydowałam, że ten blog nie będzie moim pamiętnikiem, gdzie zwierzam się i żalę, ale bardziej zdaję relacje. Ci, którzy śledzą mojego bloga widzą moja rodzinę jako cudowną. Owszem, jest cudowna, ale jak każda inna - nie jest idealna. Jakiś czas temu wspomniałam o sporej zmianie, która szykuje się w najbliższym czasie. Początkowo chciałam całą historię szczegółowo opisać, ale ostatecznie uznałam, że to nie ma sensu. Rozstrzasanie i analizowanie wszystkiego po raz setny nie przyniosłoby niczego dobrego. A rozmowy z najbliższymi osobami dodały mi siły i udało mi się zdystansować. W skrócie - poprzednia au pair, która była tutaj uwielbiana przez absolutnie wszystkich i którą moja hostka namawiała do zostania z nimi po programie, wraca. Będzie mieszkała 3 domy od nas, studiowała i opiekowała się jedną dziewczynką. Z całą tą historią wiąże się sporo przebojów, które zmieniły moje postrzeganie zarówno jej, jak i mojej hostki. Trochę zawodu, trochę zaskoczenia. Wiem, że jej przyjazd zaburzy mój spokój i uwierzcie, mam podstawy, żeby tak twierdzić ;) Wiem, że mój opis tego w takim skrócie musi być okropnie irytujący, ale nie chcę z tego robić jakiejś wielkiej historii i oddzielnego wątku. Zajęłoby to pewnie kilka postów. A że gdzieś tam już wcześniej o tym napomknęłam, to czułam się zobowiązana choć trochę rozwinąć temat.
Wracając do hostów. 9-letni S. to taka moja mała miłość. Kłócimy się, sprzeczamy, wkurzamy na siebie, ale jednak przede wszystkim dobrze bawimy. Jego poczucie humoru i teksty czasami rozwalają na łopatki. To też on jest moim najlepszym nauczycielem angielskiego, bo uwielbia gadać, i nie boi sie poprawiać. I to tylko przed nim od początku nie potrzebowałam alkoholu, żeby przestać się krępować :D Jest żywiołowym, wesołym i ujmującym dzieckiem. Uwielbiam go i na samą myśl o rozstaniu za rok, mam ochotę usiaść i płakać (nie, żebym już to robiła). Z moją prawie już 13-letnią dziewczynką jest o niebo lepiej niż to było przy ostatnich podsumowaniach. Lubimy się, dogadujemy, ale żeby się zbliżyć do siebie tak bardzo, nawet nie miałyśmy okazji, bo ona jest bardzo samodzielna i niezależna, więc moja praca głownie polega na spędzaniu czasu z młodym. C. jest bardziej zamknięta i spokojna. Ale cieszę się z tego, do jakiego punktu doszłyśmy i jakie są nasze relacje.
Poza hostką i dziećmi znam dobrze ich resztę rodziny. Dziadkowie są po prostu cudowni. Bardzo zaangażowani w życie dzieciaków, często wpadają, więc i ze mną kontakt mają świetny. Czasami też opiekuję się bratanicami hostki, które podobno mnie uwielbiają ;)
Co do mojego schedule. Cóż, przy innych dziewczynach czasami wstyd mi się odzywać, kiedy słyszę jak pracują. W ciągu roku szkolnego wychodzi to ok. 5h dziennie... Z czego na dodatek dzieci często mają zajęcia dodatkowe/playdates, więc raczej się nie przemęczam :D Sporadycznie hostka wychodzi gdzieś wieczorami, wtedy też zostaję z dziećmi. Sporo mam dodatkowego wolnego, poza tymi oficjalnymi dniami od agencji. Dzięki temu pojechałam chociażby na kilka dni do Chicago (hości wybyli do Williamsburga na przerwę wielkanocną), miałam długi weekend pt-ndz tydzień temu (pojechali do domku w górach) i ten ostatni weekend także miałam dłuższy (ojciec dzieci zabrał je do siebie). Nie pracuję dużo, ale też nie odliczam minut, żeby skończyć pracę i pójść się zamknąć w swoim pokoju. Czasami nawet bym chciała :P Ale u mojej rodziny relacje wyglądają nieco inaczej. To serio byłoby dziwne i dla mnie i dla nich, że ja nie wychodzę wieczorem po pracy, a idę bez powodu do siebie, zamiast posiedzieć z nimi. Nawet nic szczególnego nie robić, ale jednak być z nimi. Wiele razy to ja, już będąc dawno 'po pracy', zaprowadzałam młodego do łóżka, bo robiliśmy wyścigi pełne przepychanek i gilgotania po drodze :P
Tak na koniec tej zakładki podzielę się jeszcze moim ostatnim odkryciem. Doszłam do wniosku, że już dawno przestałam myśleć tutaj o sobie, jako au pair, która pracuje, a poza pracą zwiedza, poznaje nowych ludzi bla bla bla. Moja rzeczywistość to bardziej: mieszkam w Ameryce, mam tu własne życie, własne sprawy i opiekuję się dziećmi, które są tu dla mnie rodziną. Ten cały program gdzieś tam znika w tym wszystkim.

LUDZIE
Mogłabym pisać i pisać! Zaczynając od starszego pana w Starbucksie, który stał się już moim znajomym, czy zwariowanej sąsiadki z hoplem na punkcie kultury rosyjskiej i polskiej, zapraszającej mnie na pogaduchy przy winie w jej rupieciowo-starodawnym domu, w którym ma królika o imieniu Rasputin. Kończąc na Polakach, poznanych razem z Natalią w Filadelfii, z którymi przegadałyśmy całą noc i co chwilę płakałyśmy ze śmiechu. Takich osób jest tu naprawdę wiele i to one składają się na tą piękną całość.
Oczywiście są też osoby, o których koniecznie muszę wspomnieć. Moja Natalia, szalona i kolorowa, z którą podbijanie Ameryki jest tysiąc razy ciekawsze i zabawniejsze. Druga Natalia, piękna i kochana, z którą dni wypełnione jedzeniem i zdjęciami są zawsze udane. Kinga i Betka, cudowne i barwne dziewczyny, z którymi tańce i rozmowy przy tequili będą już zawsze zaliczały się do tych najpiękniejszych wspomnień z Ameryki. Elena, wesoła Meksykanka, z którą ploty podczas spacerów po naszym Haddonfield to zawsze recepta na udany wieczór. Katherine, zwariowana Panamka, przez którą zawsze po spotkaniu mam bóle brzucha ze śmiechu.
Żałuję jedynie, że tak blisko siebie mam jedynie Natalię i Elenę, bo kiedy w ciągu tygodnia one nie mogą się spotkać, nie bardzo co ze sobą mam zrobić. Po przyjeździe tutaj stałam się wyjątkowo towarzyską osobą :P Fajnie byłoby mieć bliżej siebie wszystkie te cudowne osoby!

PODRÓŻE
Do tych najdalszych zaliczają się Miami (któremu wciąż przysługuje zaszczytne miano najlepszych wakacji z moim życiu) i Chicago. Poza tym wyjazdy do Filadelfii, Nowego Jorku i Waszyngtonu, kilka nad ocean (Jersey Shore) i w góry w Pensylwanii.

PLANY
Już oficjalnie mogę potwierdzić, że Labor Day weekend (pierwszy weekend września z poniedziałkiem) spędzamy z dziewczynami w Nashville! Jaram się jak dziecko. Klimat środkowych stanów zdecydowanie trafia w moje gusta i nie mogę się doczekać picia whisky w kapeluszu w barze z kowbojami *.* Z kolei na pierwszy tydzień listopada planuję trip po południowych stanach: Nowy Orlean i Texas. Texas to moje odwieczne ogromne marzenie i samo planowanie pobytu tam wprawia mnie w jakąś chorą euforię :D Nie mam jeszcze kompana na tę podróż, więc puszczam teraz oczko i zachęcam do dołączenia (kogoś z ID :P), choćby na część podróży. Jestem freakiem planowania, więc mogę zapewnić, że cała wycieczka zostanie perfekcyjnie opracowana :) No i moja ostatnia podróż, na zachodnie wybrzeże Stanów, odbędzie się pod sam koniec programu (kwiecień/maj), w ramach travel month. Razem z Natalią będziemy podrywać surferów, a potem w samolocie do Polski płakać wspólnie, że żadnego nie mogłyśmy ze sobą zabrać :(

JĘZYK
Oczywiście, że do przodu. Widzę ogromną różnicę chociażby oglądając kanały na yt po angielsku, które śledziłam także przed wyjazdem. Wtedy musiałam wysilać mózgownicę, że zrozumieć chociaż kontekst, a teraz mogę myśleć o kowbojach w Teksasie, a i tak doskonale wiem, co się dzieje. Mówię bez zastanowienia, ale wciąż mi lepiej idzie, gdy jestem w towarzystwie au pairek, a z Amerykanami po alkoholu :D Wtedy to nawet słyszę pytanie, z którego stanu w Ameryce jestem <3 Mimo to wciąż czuję niedosyt i wydaje mi się, że mogłabym umieć znacznie więcej. Wciąż mam rok, do tego kupiłam książkę przygotowującą do TOEFL i spróbuję zrobić co w mojej mocy (ja już nie pamiętam jak się uczyć!), żeby przed wyjazdem stąd być zadowolona z poziomu języka. To taka trochę oficjalna obietnica :D

BUCKET LIST
Udało mi się dotychczas zrealizować 26 punktów! Dziś wieczorem dojdzie do tego kolejny. Czyli duuuuża szansa, że wszystko zostanie skreślone :) Przyznaję, że na bieżąco zmieniam punkty, ale to nie z tego względu, że jakieś zadanie okazuje się trudne do zrealizowania, tylko dlatego, że moje marzenia i priorytety na bieżąco się zmieniają, a ludzie dookoła inspirują i podsuwają nowe pomysły.

NAJPIĘKNIEJSZE WSPOMNIENIE
Będzie kilka!
1. Po kilku miesiącach od mojego przyjazdu, gdy wszyscy już byli w łóżkach gotowi do spania, mój młody, po części podekscytowany, po części przerażony, przyleciał do mnie do pokoju z ruszającym sie zębem, władował pod kołdrę i spytał czy może ze mną zostać, aż mu ząb wypadnie. Nie do siostry, nie do mamy, DO MNIE. W tamtym momecie moje serce niemal stopniało z miłości <3
2. Wciąż z wielkim uśmiechem na twarzy wspominam pierwszy wyjazd do Nowego Jorku. Jeszcze przed tą zorganizowaną wycieczką ze szkolenia. Wyszłyśmy z dziewczynami na Grand Central, potem szlajałyśmy się ulicami Manhattanu. Nigdy tego nie zapomnę!
3. No muszę, no! :P Poznanie i spędzenie wieczoru (nie myślcie za dużo :P) z facetem moich marzeń. Zawsze wiedziałam, że ten Texas jest mi pisany :D
4. Wcześniej już wspomniane tańce i rozmowy przy tequili z moimi dziewczynami. Znalezienie tu takich niesamowitych osób, szaleństwo do upadłego, jakby świata nie było (i sąsiedzi nie podgladali), a potem rozmowy, zwierzenia i nie ocenianie, ale zrozumienie i wsparcie. Musiałyśmy wyjechać aż do Ameryki, żeby się odnaleźć ;)

NAJGORSZE WSPOMNIENIE
Wysiadka na złym przystanku w Camden i przespacerowanie się ulicą tego jednego z najniebezpieczniejszych miast w Stanach, przepełnioną totalnie dziwnymi, podejrzanymi ludźmi. Serio, w tamtym momencie wrażenie przebywania w miejscu jak z filmu jakoś mnie nie cieszyło!

PODSUMOWANIE
Co tu dużo mówić - przyjazd tutaj był moją najlepszą dotychczas decyzją w życiu. Po ukończeniu liceum byłam kompletnie zagubiona, pod wieloma względami moje życie mi nie odpowiadało. Zabrzmi to pewnie górnolotnie, ale naprawdę wiele się tu nauczyłam, przede wszystkim o sobie samej. Mam wrażenie, że w Stanach narodziłam się na nowo, z nowymi pokładami energii, pomysłem na siebie i zdolnością cieszenia się z małych rzeczy. Cieszę się, że miasteczko w pozornie nieatrakcyjnym południowym New Jersey okazało się cudownym, urokliwym miejscem. Czuję się szczęściarą, że akurat tu trafiłam. W okolicy każdy zna i uwielbia Haddonfield. Szybkie i tanie połączenie z Philly, którą bardzo lubię. Blisko Nowy Jork. Ocean rzut beretem. Z kolejnych 9 miesięcy zamierzam wycisnąć najwięcej jak się da! :)


xoxo, Dorota


15 stycznia, 2015

Pól roku w Ameryce - podsumowanie


Relacje z host rodzinką
Po sześciu miesiącach hości stali się dla mnie drugą rodziną. Przebywanie z nimi stało się dla mnie codziennością, więc nie ma mowy o jakimkolwiek braku komfortu, krępowaniu się. Miałam to szczęście, że trafiłam na jedną z tych normalnych, wartościowych rodzin, które nie traktują au pair jako pomoc domową. Świetny kontakt mam też z resztą rodziny. Z dziadkami się po prostu uwielbiamy! Są bardzo barwnymi i charakterystycznymi postaciami, służącymi mi pomocą na każdym kroku. Z host dziewczynką jest już znacznie lepiej, choć nie sądzę, żebyśmy stały się przyjaciółkami podczas mojego pobytu w ich domu. Nazwę to 'niedopasowaniem charakterów'. Ale mimo wszystko więcej mi mówi, w znacznie milszy sposób i potrafimy miło spędzić czas. Za to 9-letni S. to moja wielka miłość! <3 Z jednej strony mnie niemiłosiernie irytuje i doprowadza do nerwicy, ale jeszcze bardziej rozśmiesza, rozczula i sprawia, że samo wyobrażenie o opuszczeniu ich rodziny jest dla mnie katorgą. Do tego uwielbia moją Natalię, a ona jest zakochana w nim :) Z M., moją hostką, sprawy mają się znacznie lepiej. Jakiś czas temu miałyśmy dziwny kryzys, spowodowany niewiadomo czym. Ja nauczyłam się nie brać wszystkiego do siebie i nie widzieć przyczyn wszystkich jej mniej miłych spojrzeń w sobie. Krótko mówiąc - mieć wy*ebane. I to było dobre posunięcie, bo teraz jest naprawdę dobrze. Jakoś tak luźniej jest między nami, wesoło, NORMALNIE. Nie wiem, czy kiedykolwiek zaprzyjaźnimy się tak bardzo, jak to było z nią i poprzednią au pair, ale przecież każdy jest inny i nie między wszystkimi możliwa jest wielka przyjaźń. Przestałam sama od siebie wymagać niemożliwego, stawiać pod presją i porównywać. I wyszło mi to na dobre, bo czuję się doskonale i automatycznie wszystkie 'problemy' (prawdopodobnie wymyślone przeze mnie) zniknęły.

Język
Największym osiągnięciem dla mnie jest to, że załatwiając jakiekolwiek sprawy formalne, jadąc na urodziny dziadka, gdzie jest cała rodzina i masa znajomych, wysłuchując robotników naprawiających coś w naszym domu, nie myślę co i jak powiem, nie stresuję się, nie zaglądam do słownika. Idę na żywioł i zawsze sobie radzę. Czytam książki i wszelkie gazety 10x szybciej, filmy rozumiem na bieżąco, bez większego wysiłku. Po takim czasie umysł się otwiera na nowy język, znacznie szybiej idzie łapanie nowych słówek i zwrotów, zapamiętywanie ich i potem używanie. Robię błędy i to mnóstwo, nie używam skomplikowanej gramatyki, ale fakt, że jestem w stanie wszystko załatwić sama, bez stresu i słownika, jest dla mnie samej dużym powodem do dumy.

Miejsca, ludzie
Żaden nowy stan, żadna dalsza wycieczka.. Jednak na cotygodniowe wypady do Philly i comiesięczne do NYC narzekać nie mogę ;) Z pewnością na wiosnę wyjazdów będzie więcej, ale na tą chwilę, w tym zimnie, wieczór w Starbucksie czy restauracji jest dla mnie najlepszą opcją.
Co do ludzi - Natalia jest i będzie już do końca moim numer jeden. Nie spodziewałam się, że mogę tak szybko i tak bardzo się z kimś zaprzyjaźnić. Bez niej mój pobyt tutaj nawet w połowie nie byłby tak udany. Z dziewczynami z clustera kontakt mam, ale sporadyczny. To nieco inny typ dziewczyn, więc przyjaźni nie będzie. Regularnie spotykam się z Meksykanką Eleną i to ją z międzynarodowego towarzystwa lubię najbardziej. W końcu też poznałam drugą Natalię z Polski, równie kochaną, spędziłyśmy wspólnie Sylwestra i coś jeszcze razem planujemy. Jaka szkoda, że jest z zupełnie innej strony Filadelfii i częste spotkania są niemożliwe! Na deser (:D) zostawiłam wspomnienie o Kindze i Beatce, także z okolic Philly, z którymi jeszcze z Natalią tworzymy Fantastyczną Czwórkę i każdy nasz wspólny wypad kończy się płaczem ze śmiechu, robieniem sobie wstydu w każdej restauracji, w jakiej jemy, obgadywaniem ludzi i nienasyceniem rozmowami. Teraz już wiem, co to znaczy czuć, jakby się kogoś znało od zawsze :) Jestem cholerną szczęściarą spotykając właśnie tych ludzi na mojej drodze.

Plany
Już oficjalnie mogę się pochwalić, że za dwa tygodnie lecę do Miami na 7 dni! Miasto jak miasto, ale wygrzewać się na plaży w środku zimy... Ah, ah *.* Będziemy tam we 4: 'druga' Natalia, dziewczyna z Boliwii z mojego clustera i jej koleżanka. Jestem ogromnie podekscytowana samym planowaniem tej podróży!
A poza tym, to mam sporo planów jednodniowych wycieczek w Pennsylvanii, parku rozrywki w New Jersey, weekendu w Atlantic City i więcej, ale to wszystko jak się zrobi cieplej!

Ogólnie
Podaruję już sobie wszelkie rozkminy i przemyślenia. Chcę tylko powiedzieć, że jestem tu cholernie szczęśliwa, otaczają mnie cudowni ludzie, robię rzeczy, które sprawiają mi ogromną przyjemność i na które w Polsce nie miałam czasu lub motywacji i korzystam z każdego dnia ile wlezie. Jest dobrze, a nawet lepiej :) Do tego stopnia, że nie wyobrażam sobie jeszcze wracać. Nie, nie, lipiec to zdecydowanie za szybko. Już rozmawiałam z hostką i... naprawdę nie wiem, co by się musiało stać, żebym nie przedłużyła programu. Tak, z tą samą rodzinką, w tym samym miejscu. Au pair, która ma to uczucie, że znalazła dla siebie idealne miejsce i idealną rodzinę, nie wypuszcza tego z rąk ;) Nowe, być może atrakcyjniejsze miejsce spada na drugi plan. Bo to ludzie sprawiają, że miejsce staje się dla nas wyjątkowe!


xoxo, Dorota

17 grudnia, 2014

Podsumowanie studiowania w collegu


Dla przypomnienia: przez ostatnie cztery miesiąca byłam studentką Camden County College, kierunku English as a Second Language: Grammar. Placiłam $476 i uzyskałam 3 kredyty.

Zajęcia
2x w tygodniu po 1h 45min, w praktyce niecałe 1,5h. Przez 4 miesiące omówiliśmy 6 różnych zagadnień gramatycznych. Niby najwyższy poziom, ale bardzo mnie rozczarował. Wszystko wałkowaliśmy powoli, mozolnie...

Ludzie 
Klasa dzieliła się na trzy części: Latynosów-cwaniaków spóźniających się na zajęcia i przekonanych o swojej wyższości, Azjatów bardzo skupionych na nauce, za to z kompletnie niezrozumiałym akcentem i Afroamerykanów znudzonych zajęciami i siedzących zawsze gdzieś z boku. I pośrodku tego wszystkiego ja. Jedyna Europejka, jedyna au pair, jedyna chodząca tylko na te zajęcia, a nie full time. Zdarzały się pojedyncze osoby, z którymi dało się porozmawiać, ale szału nie było. W momencie, kiedy nauczycielka prosiła klasę o odpowiedź na jakieś pytanie (zwykle idiotycznie proste i banalne) i w tym momencie cała ta mieszanka studentów różnych narodowości zaczynała odpowiadać to samo, każdy swoim tempem, swoim akcentem... wybaczcie, ale czułam się jak na zajęciach idiotów. Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Raczej płakać nad wyrzuconymi w błoto pieniędzmi.

Wrażenia
Nie mogę powiedzieć, że niczego się nie nauczyłam, bo bym skłamała. Ale czuję, że przez 4 miesiące, z zajęć w amerykańskim collegu mogłabym wycisnąć dziesięc razy więcej. Czuję lekki zawód, ale jestem zmobilizowana, żeby uczyć się dalej sama (w końcu $80 na książkę nie może pójść w błoto!).


Nie wiem jeszcze co wezmę w drugim semestrze. Wciąż potrzebuję trzech kredytów, a za ten kurs płacę sama... Planuję pojechać w piątek i poprosić o najtańszy jaki mają :D

Mam nadzieję, że Wam się lepiej poszczęściło/poszczęści z zajęciami i będziecie bardziej zadowolone niż ja!


+ Z nowości: byłam u fryzjera, wydałam kupę kasy, chciałam ombre, a mam ogólnie jaśniejsze włosy :P Ale podoba mi sie!

Trochę nieszczęsne zdjęcie, ale nie umiem sobie zrobić lepszego :D Btw czesała mnie oczywiście fryzjerka z polskim nazwiskiem.



xoxo, Dorota

21 października, 2014

100 dni w Ameryce - podsumowanie


Właśnie siedzę i świętuję ten dzień z kawą dyniową i granola bar. Szaleństwo! Dziś wyjątkowo bez zdjęć, za to sporo tekstu.


Relacje z host rodzinką
Nadal bardzo dobre. Czuję się jak członek rodziny od początku i pewnie to już się nie zmieni. Jednak co oczywiste, z każdym stusunki wyglądają nieco inaczej.

Host son: jak ja uwielbiam tego chłopca! 8-latek, mimo że czasami doprowadza mnie do szewskiej pasji, zdobył nieodwracalnie moje serce. Lubię z nim robić durne rzeczy, rozmawiać, grać w nasze dziwne, wymyślone przez nas zabawy... A także po pracy nie potrafię mu odmówić, gdy pyta, czy nie chcę go położyć do spania lub poleżeć i poczytać, każdy swoją książkę. Kiedy w sobotę ruszał mu się ząb i był tak przestraszony, że nie mógł zasnąć - przyszedł do mnie do pokoju i władował się do łóżka, nie do hostki. Jestem jego opiekunką, ale myślę, że obydwoje raczej traktujemy tę relację na zasadzie brat-siostra. Mamy po prostu razem dużo funu.

Host daughter: przyznam, że gdy po moich pierwszych narzekaniach wszyscy mówili, że to kwestia czasu, aż się do mnie przekona - wierzyłam. A po trzech miesiącach jest tak samo jak po miesiącu. Ba, czasami nawet mi się wydaje, że wcześniej miała jakieś przebłyski życzliwości. 12-latka nie należy do słodkich, miłych dziewczynek. Uważana przez całą rodzinę za taką bardzo 'smart', według mnie jest po prostu przemądrzała i przekonana o swojej wiedzy na każdy temat, przez co traktuje mnie i wiele innych osób z góry. A może to ten wiek? Jednak fakt, że nie potrafi odpowiedzieć Natalii 'cześć', a w zamian za to zmierzyć ją od góry do dołu lub odzywać się do mnie z łaską i tonem, jakbym jej życie zniszczyła, mówią same za siebie. Z początku mimo takiego zachowania byłam dla niej arcymiła, uśmiechałam się, starałam za wszelką cenę złapać kontakt, ale teraz mam to gdzieś. Jaka ona dla mnie, taka ja dla niej. Nie chce gadać, to nie. Ja nie będę przed 12-latką się płaszczyć. Ale żałuję bardzo, bo zupełnie inaczej wyobrażałam sobie kontakt z nastolatką. W końcu niedawno sama nią byłam.

Host mom: nadal uważam, że jest przecudowną kobietą, choć było kilka sytuacji, które mnie zdystansowały. Doszła też kwestia poprzedniej au pair. Dziewczyna była uwielbiana przez całą rodzinę. Ba, opowiadała mi o niej nawet mama żony brata hostki! Że wszyscy tak bardzo kochali Andreę. Super fajnie. Od innych au pairek dowiedziałam się, że faktycznie była wyjątkowo towarzyska, otwarta, każda au pair ją tu znała, może niekoniecznie każda lubiła. Wiem i czuję, że hostka miała z nią bardzo bliski kontakt, można wręcz powiedzieć, że kumpelski. I mimo że dla mnie też jest ok, to czasami mam wrażenie, że wzięła kolejną au pair z nastawieniem, że i tak żadna nie będzie jak Andrea. Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo jest mi tu cudownie, traktują mnie jak członka rodziny, ale czuć od niej jakby... dystans? Coś po prostu mi nie gra, może za jakiś czas będę umiała to nazwać. A może po prostu przesadzam i zawsze chcę, żeby było superidealnie, nie doceniając tego jak jest?

Język:
Bardzo do przodu. Nie mam problemu z wyrażaniem tego co chcę, wszystko idzie znacznie płynniej i bez zastanowienia. Szkoda tylko, że college nie pomaga z zaawansowaną gramatyką.

Miejsca, ludzie:
6 stanów: New Jersey, New York, Pennsylvania, Connecticut, District of Columbia, Virginia. Dodatkowo mecz baseballu i amerykański festiwal muzyczny.
Moją zdecydowaną faworytką co do ludzi jest Natalia. Nie uważam, że to tylko przez to, że jest Polką. Idealnie się dobrałyśmy i wciąż przeżywamy, że musiałyśmy wyjechać do Ameryki, żeby się poznać :) To typ dziewczyny, z którą można konie kraść i właśnie kogoś takiego chciałam tutaj mieć. Są też inne au pairs z moich okolic, z którymi czasami się spotykam i które lubię, ale bez szału. Niedawno poznałam nową dziewczynę z Boliwii, która przypadła mi do gustu, ale jest troszkę cicha w porównaniu do mnie i Natalii :P Znajomość z kolegą z Haddonfield zakończyłam, kiedy zaczął składać chore propozycje. Mam też kontakt z kimś z collegu, ale to też można zaliczyć do tych męczących znajomości. Cieszę się ogromnie na dziewczyny przeprowadzające się w okolice Filadelfii, z którymi mam nadzieję poodkrywamy wspólnie miasto :) I ciągły kontakt mam z dziewczynami z innych stanów, co daje ciekawe możliwości weekendowe. Przyznam jednak, że liczyłam po cichu na jakąś fajną, wielonarodościową paczkę au pairek, z którymi co weekend będziemy się spotykać i robić ciekawe rzeczy. A większość dziewczyn, które mieszka w okolicy kończy niedługo program i jakby są na 'innym etapie', albo po prostu nie ten typ ludzi. Dlatego tak naprawdę czekam na kolejną turę i może lepiej uda się zgrać.

Plany:
Mój wymarzony Teksas stoi pod wielkim znakiem zapytania. Właściwie już się nastawiłam, że tam w listopadzie nie jadę. Ale z mapy nie zniknie, więc na pewno się tam jeszcze wybiorę. Do końca tego roku planuję kilka razy uderzyć w Nowy Jork, przede wszystkim żeby poczuć świąteczną atmosferę The City. Choinka przy Rockeffeler Center, Plaza Hotel, Central Park... <3 Chyba sobie przed tym obejrzę Kevina :D No i wypada zaplanować Sylwestra! Na liście mam do zaliczenia Sylwester w NYC, ale organizacyjnie to już tak łatwo nie wygląda. Może jednak Philly, a za rok Nowy Jork, jak już będę pełnoletnia? I wciąż nastawiam się na Florydę i Bahamy w styczniu/lutym, tylko kompani mi się wykruszają. Może ktoś chętny? ;)

Ogólne wrażenia:
Po pierwsze - czas leci tak szybko! Naprawdę, tydzień za tygodniem, weekend za weekendem... Niby dobrze, bo nie odczuwam nawet kiedy w ogóle pracuję, ale z drugiej strony przeraża mnie to. Nie chcę 8 miesiąca tak szybko, bo będę musiała decydować co dalej... Nadal kocham życie tutaj, czego najlepszym dowodem jest fakt, że o 6:30 rano wstaję z uśmiechem na twarzy (nienormalna!). Minusem jest to, że zaczęłam pić kawę, a co za tym idzie, wydawać pieniądze na Starbucksa. Plusem, że od miesiąca biegam regularnie i uwielbiam to, bo w Haddonfield bieganie to naprawdę sama przyjemność. Byłabym jeszcze bardziej szczęśliwa, gdyby host rodzinka odżywiała się nieco zdrowiej, bo wtedy to bieganie nie szłoby na marne :P
To, co mnie tutaj najbardziej zaskoczyło we mnie samej, to radzenie sobie z tęsknotą. Brakuje mi moich bliskich, ale nie miałam nawet jednej cięższej chwili z tego powodu. A sądziłam, że będzie zupełnie na odwrót! Uczę się tu siebie od nowa, mam wrażenie, że jestem w tym życiu znacznie bardziej spontaniczna, otwarta i wesoła. W Polsce czułam, że stoję w miejscu, nie rozwijam się, mimo że przecież studiowałam. A tutaj idę do przodu i czerpię ogrom energii ze wszystkiego co mnie otacza, jakby każda napotkana osoba mnie czegoś uczyła. Dopiero teraz zrozumiałam, co to naprawdę znaczy żyć chwilą.
Z racji tego, że zaczynam gadać od rzeczy, kończę :D


xoxo, Dorota

13 sierpnia, 2014

Miesiąc w Ameryce - podsumowanie


Jako fanka wszelkiego rodzaju list, podsumowań, postanowień itd. nie mogłabym sobie odpuścić tego tutaj. Będę robiła podsumowania dotyczące mojego pobytu w Ameryce, pod różnymi względami. Może co miesiąc, może co 3, zobaczymy! Sama jestem ciekawa, jak to wszystko będzie się zmieniać :)

Dzisiaj mija dokładnie miesiąc od mojego wylotu. Z jednej strony nie mogę uwierzyć, że tak szybko to przeleciało, ale z drugiej czuję, jakbym była w tym miejscu od zawsze.

Relacje z host rodzinką
Od początku wiedziałam, że dobrze trafiłam. Wyluzowana hostka, młody przekochany, jedynie młoda nieco zdystansowana. Magiczne rodzinne wakacje w górach zmieniły sporo. Na lepsze! Od chłopca wciąż słyszę, że muszę koniecznie przedłużyć z nimi program, najlepiej zostać na zawsze. Babcia dziś mi powiedziała, że mały jest "crazy about me", a hostka dziś wysłała mi sms-a, że wiedziała, że młody będzie głupi za mną :) Ostatnio nawet zaproponował mi małżeństwo i tak strasznie chciał ze mną spać, że chociaż hostka mówiła, że nie muszę się godzić, to nie potrafiłam mu odmówić, tak się cieszył! Po wakacjach także z dziewczynką jest znacznie lepiej - zwraca na mnie uwagę, jest przy mnie bardziej uśmiechnięta (a to naprawdę coś, bo nie ma raczej wesołego usposobienia), interesuje ją moje zdanie. Z hostką... Jak ja uwielbiam tą kobietę! To ten typ, co po pracy wkłada dres, wyciąga piwo i siada przed tv - jak tu jej nie kochać? Tańczy gotując obiad, pokazuje młodemu jak kręcić biodrami jak murzyni :D, śpiewa na cały głos w samochodzie. Nie czuję przed nią żadnej spiny, wręcz lubię, gdy ona jest w domu, jest wtedy tak wesoło! Nie mam z nimi oficjalnych relacji, jak pracodawca z pracownikiem. Mimo że oficjalnie kończę pracę, to nie idę do siebie, tylko siedze sobie z nimi, często nawet do późnego wieczora - po prostu tam jest przyjemniej, cieplej, rodzinnie. Bo czuję się tutaj jak członek rodziny. I wiem, że lepszej rodziny dla mnie tutaj nie ma. Bo już nie chodzi o pieniądze, podróże, czy godziny pracy. Chodzi o uczucie, że nie jestem tu sama. Jestem tu ze swoją rodziną.

Język
Bez wątpienia - jest coraz lepiej. Najmniejszy problem mam z akcentem. Największy za to z mówieniem przed większą grupą. No i oczywiście przed Amerykanami. Będąc z innymi au pairkami w ogóle się nie stresuje, co pozwala swobodnie rozmawiać. Za to kiedy cała rodzina hostów dyskutuje, a ja choćbym nie wiem jak bardzo chciała coś od siebie wtrącić - za nic tego nie zrobię, blokada totalna. Ale w momencie, gdy mam z kimś z nich sama porozmawiać, nie ma problemu. Często już myślę po angielsku, coraz swobodniej się czuję, ale marzę o zaawansowanych dyskusjach i zupełnym pokonaniu strachu ;)

Miejsca, ludzie
3 stany: New York, New Jersey, Pennsylvania. NYC, Philadelphia, Pocono Mountains i moje okolice, czyli południowe NJ. Znajomi? Przede wszystkim Natalia (polska au pair) i Elena (Meksyk) z moich okolic. Dwie przekochane dziewczyny! Jestem szczęściarą, że tu na nie trafiłam. Jako że w weekend mam wolną chatę, planuję w końcu je ze sobą zapoznać i zintegrować się też z innymi dziewczynami z okolicy. Przy piwie zawsze wychodzi :D Poza nimi jeszcze kolega z Haddonfield - fajnie mieć też amerykańskich znajomych. I planujemy spotkać się z Iriną, moja współlokatorką z orientation, która mieszka pod Philly. A byłam przekonana, że przez pierwsze miesiące nie będę miała z kim wychodzić :D

Ogólne wrażenia
Kocham życie tutaj. W Polsce też byłam szczęśliwa, ale czułam, że nie pasowałam do tamtego miejsca, tamtego życia. A to jest dokładnie takie, jakie chcę, żeby było: wyjazdy, zwiedzanie, spotkania, dużo dobrej muzyki, szlifowanie angielskiego, ciągłe poznawanie nowych, interesujących ludzi, otwartość, radość, świeżość, dobre jedzenie, zakupy... Niby nic szczególnego, ale to właśnie tutaj zlepek tego wszystkiego sprawia, że każdego ranka budzę się z uśmiechem na twarzy. Czuję się tak zwyczajnie szczęśliwa, jakby to była najprostsza rzecz na świecie!

Plany
Do tych najbliższych zaliczają się: Atlantic City na weekend, NYC na dzień lub dwa, duży koncert, mecz baseballu, Washington DC na weekend we wrześniu/październiku i... najprawdopodobniej Texas na początku listopada! Jaram się niemiłosiernie :D Jakimś cudem rozeszło się po rodzinie hostki, że marzę o San Antonio i oni bardzo chcą mi pokazać to miasto. Ten wyjazd szykuje także sporo innych ekscytujących doświadczeń, ale zdradzę więcej, kiedy będę w ogóle pewna, że tam pojadę. Z Asią, która była u mnie w ostatni weekend (post już niedługo) planujemy także w okolicach stycznia/lutego polecieć na Florydę, a stamtąd wziąć rejs na Bahamy. Planów mam jeszcze całą masę w głowie, ale to te są na razie dla mnie najważniejsze i najbardziej prawdopodobne. Czas pogadać z hostką o urlopie :P


Wkrótce zrobię notkę o mojej bucket list. A to głównie przez to, że prawdopodobnie trochę nowych rzeczy przede mną tutaj, więc fajnie będzie sobie poskreślać :D

Na koniec jeszcze piosenka, którą zaraził mnie młody - to jego ulubiona ;)


xoxo, Dorota