Ta notka będzie trochę oszukana, bo ani wypad do Philly, ani mecz baseballu nie były wybitnie ciekawe, ale czy posty zawsze musza być długie i przemyślane?
Weekend zaczęłam od domówki urodzinowej bratanicy hostki, zorganizowanej dla najbliższej rodziny. Było przesympatycznie i wszyscy mówili mi, że dziewczynki po ostatnim babysittingu mnie uwielbiają, uff! A ja za każdym razem, kiedy spędzam czas z Fifi (pseudonim mamy hostki, którego używają wszyscy, nawet dzieci) i z resztą rodziny, uświadamiam sobie, jaki los był dla mnie łaskawy, zsyłając na mnie tę rodzinę. Uwielbiam ich wszystkich! I zupełnie nie miałam poczucia, że marnuję piątkowy wieczór - to tak samo, jakby ktoś z mojej rodziny miał urodziny i to przecież oczywiste, że muszę tam być. Młodej skapnęła się jedna czekolada milki :)
Taki oto weekendu początek. Kochaaani rodzice! Nienawidzę się za to, ale prawie połowy słodyczy już nie ma -,-
W sobotę wybrałyśmy się z Natalią do Philly spróbować słynnego cheesesteak.
Wybrałam knajpę, gdzie serwują podobno jedne z lepszych. Droga zajęła ok. godziny, a było okropnie gorąco i wilgotno.
Szłyśmy i szłyśmy... po czym okazało się, że knajpa otwarta jest do 16! A tu 19, upsss.
Ale nie ma tego złego. Wylądowałyśmy w typowym dinerze - uwielbiam je!
Przeraziło mnie to, że zjadłam wszystko! Na początku pobytu w Ameryce byłam w stanie zjeść połowę tego, co mam na talerzu.
Mój Texes Burger. M.in. z bekonem i cebulą w panierce (to nie kurczak! :P). NIEBO!
Droga powrotna była ciężka... Dosłownie.
A tutaj niedziela i stadion w Camden. To było moje cluster meeting, gdzię oprócz mnie i Natalii (którą zresztą przyprowadziłam dodatkowo, bo należy do innego clustera) przyszła jedna dziewczyna... Tak to u nas wygląda.
Może nie pierwsza liga, ale drużyna dobra. Jeśli jednak o baseball chodzi... NUDY! Tym bardziej cieszę się, że nie skusiłam się na mecz Phillies, bo zaoszczędziłam kupę kasy. Z kolei na mecz Eagles (football) na pewno się skuszę. O wiele większe emocje!
I jeszcze widoczek z Camden na Philadelphię. Może nie jest to NYC, czy San Francisco, ale naprawdę lubię to miasto. Już czuję, że jest takie 'moje' i zawsze będę miała do niego sentyment :)
xoxo, Dorota