Pokazywanie postów oznaczonych etykietą College. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą College. Pokaż wszystkie posty

24 kwietnia, 2015

Kurs w BMCC z wycieczką do DC


Kolejny kurs w amerykańskim collegu za mną!
Borough of Manhattan Community College swoją główną siedzibę ma w Nowym Jorku, jednak kursy oferuje także w innych miejscach w Stanach, m.in. w Filadelfii.
Ja, po moich złych doświadczeniach z zajęciami z angielskiego w collegu w New Jersey, postanowiłam tym razem pójść na łatwiznę i zapisać się na coś, co da mi szybko kredyty, nie zapłacę aż tak dużo i jeszcze może coś zyskam. Dlatego zapisałam się na kurs z wycieczką. W ofercie były wyjazdy do Niagara Falls, Kanady, Bostonu i Waszyngtonu. Napaliłam się mega na Boston, ale niestety terminy zajęć mi nie odpowiadały, a na wycieczkę do Niagara Falls i Kanady trzeba było wziąć min. 2 dni wolnego. No i został stary dobry Waszyngton, w którym już byłam. Namówiłam jednak na ten kurs moją koleżankę i świetnie się bawiłyśmy. Zarówno na zajęciach, jak i samym weekendowym wyjeździe.
W skład kursu, oprócz wycieczki, wchodziły trzy zajęcia 6-godzinne, w jedną sobotę i dwie niedziele. Przygotowywałam się na wielkie nudy i odliczanie, aż minie te sześć godzin, a kurs okazał się naprawdę świetny! Nauczycielka młoda, energiczna, bardzo sympatyczna. Wymagała od nas sporo, za każdym razem było zadanie domowe, zwykle musiałyśmy je zaprezentować, zajęcia intensywne, ciągle się coś działo. Ale dzięki temu te 6 godzin mijało naprawdę szybko. Dochodziła do tego godzina na lunch i wypuszczanie nas niemal godzinę wcześniej i już po kursie ;) Na zajęciach było nas ok. 20 (same au-pairki) i muszę przyznać, że grupa naprawdę fajna i zgrana. Kurs był generalnie o historii Stanów, ale bardzo w skrócie i bardzo ogólnie, wszystko po to, żeby przygotować nas na świadome zwiedzanie zabytków w stolicy, ale też zrozumienie filmu 'Forrest Gump', który oglądałyśmy na ostatnich zajęciach :)
Weekendowy wyjazd do DC też był udany, głównie z tego względu, że łażenie z przewodnikiem trwało bardzo niewiele i większość czasu mogłyśmy zorganizować sobie na własną rękę. Autokar i hotel (Hilton w Arlington - świetne warunki i fajna okolica) były w cenie. Planowałam zrobić osobną notkę ze zdjęciami z DC pokrytego pięknymi drzewami wiśniowymi. Właściwie to na to najbardziej się cieszyłam jadąc tam. A tu mały psikus. Drzewa zniknęły :( Byłam tak zła, że zupełnie nie przykładałam się do zdjęć, dlatego wrzucę w tym poście to co mam.
W niedzielę za to wybrałyśmy się na cmentarz wojskowy w Arlington, który zrobił na nas ogromne wrażenie i cały następny post poświęce właśnie temu.

The White House.



Z Kingą :* 

 Kościuszko jest i w Waszyngtonie. Hostka mi powiedziała, że w Stanach nie ma miasta, w którym nie byłoby mostu/ulicy/czegokolwiek na cześć Kościuszko :P

Vietnam War Memorial.

Washington Monument. 


 Lincoln Memorial.

 Korean War Memorial.


National World War II Memorial.





Martin Luther King, Jr. Memorial. 

Już po drugiej stronie, bo w Virginii - Air Force Memorial.


Bardzo blisko z tego miejsca do Pentagonu.


Pod względem jedzeniowym wyjazd był w 100% udany. Z Kingą jak za czasów szkolnych cieszyłyśmy się bardziej na jedzenie niż samo zwiedzanie :D Pierwszym naszym punktem koniecznym do zrealizowania, był Georgetown Cupcake. Bardzo popularne cupcakes, często uznawane za jedne z lepszych w Ameryce. Sklep mają nie tylko w Georgetown w DC, ale też na Soho w NYC. Trzeba nastawić się na czekanie w kolejce, u nas potrwało to jakieś 20min.

 Oprócz standardowych smaków dostępnych w menu na stałe, w zależności od dnia tygodnia lub pory roku można dostać tam m.in. Salted Caramel, Cherry Blossom, czy Gingerbread. Tutaj ważny jest też frosting, bo w połączeniu z innym ciastem całość może smakować zupełnie inaczej.

Nieźle się naśmiałyśmy, bo dosłownie przed otwarciem pudełka, cała podekscytowana stwierdziłam, że na same zdjęcia wszystkich czterech cupcakes cieszę się o wiele bardziej niż samo ich próbowanie. A tu bum, dwa się kompletnie rozjechały... Wybrałyśmy Cherry Blossom, Hummingbird, Red Velvet i Blond Chocolate Birthday.

I tu duże zaskoczenie, bo... cupcakes nie zrobiły na nas wrażenia. Prawdopodobnie ze wszystkich jakie tu próbowałyśmy te faktycznie były najlepsze, ale generalnie nic specjalnego. Po prostu dużo cukru i tyle. Jakiekolwiek inne słodycze są znacznie lepsze od cupcakes, które jedynie ładnie wyglądają.

Z tych czterech Kindzie najbardziej smakował Cherry Blossom, a mi Red Velvet.

Burger z łososiem, serwowany w studenckiej knajpie ze świetną atmosferą, był jednym z lepszych burgerów jakie dotychczas próbowałam.

Niedzielne śniadanko z Manhattan Bagel.

Potbelly Sandwich Shop - w samym centrum, a tanio i pysznie :)

Kanapka z mortadelą, pepperoni i salami z serem provolone i ogórkami + shake bananowy <3

;)

xoxo, Dorota

17 grudnia, 2014

Podsumowanie studiowania w collegu


Dla przypomnienia: przez ostatnie cztery miesiąca byłam studentką Camden County College, kierunku English as a Second Language: Grammar. Placiłam $476 i uzyskałam 3 kredyty.

Zajęcia
2x w tygodniu po 1h 45min, w praktyce niecałe 1,5h. Przez 4 miesiące omówiliśmy 6 różnych zagadnień gramatycznych. Niby najwyższy poziom, ale bardzo mnie rozczarował. Wszystko wałkowaliśmy powoli, mozolnie...

Ludzie 
Klasa dzieliła się na trzy części: Latynosów-cwaniaków spóźniających się na zajęcia i przekonanych o swojej wyższości, Azjatów bardzo skupionych na nauce, za to z kompletnie niezrozumiałym akcentem i Afroamerykanów znudzonych zajęciami i siedzących zawsze gdzieś z boku. I pośrodku tego wszystkiego ja. Jedyna Europejka, jedyna au pair, jedyna chodząca tylko na te zajęcia, a nie full time. Zdarzały się pojedyncze osoby, z którymi dało się porozmawiać, ale szału nie było. W momencie, kiedy nauczycielka prosiła klasę o odpowiedź na jakieś pytanie (zwykle idiotycznie proste i banalne) i w tym momencie cała ta mieszanka studentów różnych narodowości zaczynała odpowiadać to samo, każdy swoim tempem, swoim akcentem... wybaczcie, ale czułam się jak na zajęciach idiotów. Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Raczej płakać nad wyrzuconymi w błoto pieniędzmi.

Wrażenia
Nie mogę powiedzieć, że niczego się nie nauczyłam, bo bym skłamała. Ale czuję, że przez 4 miesiące, z zajęć w amerykańskim collegu mogłabym wycisnąć dziesięc razy więcej. Czuję lekki zawód, ale jestem zmobilizowana, żeby uczyć się dalej sama (w końcu $80 na książkę nie może pójść w błoto!).


Nie wiem jeszcze co wezmę w drugim semestrze. Wciąż potrzebuję trzech kredytów, a za ten kurs płacę sama... Planuję pojechać w piątek i poprosić o najtańszy jaki mają :D

Mam nadzieję, że Wam się lepiej poszczęściło/poszczęści z zajęciami i będziecie bardziej zadowolone niż ja!


+ Z nowości: byłam u fryzjera, wydałam kupę kasy, chciałam ombre, a mam ogólnie jaśniejsze włosy :P Ale podoba mi sie!

Trochę nieszczęsne zdjęcie, ale nie umiem sobie zrobić lepszego :D Btw czesała mnie oczywiście fryzjerka z polskim nazwiskiem.



xoxo, Dorota

25 września, 2014

Schedule / College


Dziś przedstawiam mój jakże napięty grafik:
6:25-35 - pobudka (młoda wymyśliła sobie wstawanie od tego roku szkolnego pół godziny wcześniej, bo przecież jest już taka dorosła!)
6:35-8:15 - budzenie dzieci, ogarnianie siebie, przygotowywanie im śniadania, siedzenie z młodym i czekanie na 8, kiedy to idę odprowadzić go do szkoły oddalonej jakieś 5min pieszo od domu.
8:15-15 - wolneee! 1-2x w tygodniu robię pranie w tym czasie i wyprowadzam psa na spacer, co jest baaardzo przyjemnym obowiązkiem.
15 - dzieci przychodzą ze szkoły i w zależności od dnia, w różnych kombinacjach czasowych oglądają tv, odrabiają lekcje, mają playdates i zajęcia dodatkowe. Zwykle wygląda to tak, że oni są czymś zajęci, a ja mam czas dla siebie, albo zawożę/odprowadzam któreś z nich na zajęcia.
18-19 - hostka wraca do domu i wtedy przejmuje stery. Bywa, że jeśli dzieci mają w tym samym czasie zajęcia, to je przywożę lub przyprowadzam.

Dodatkowo, średnio 2x w tygodniu hostka ma dinner wieczorem i wraca późno, wtedy ja siedzę z dziećmi. Zwykle oglądają telewizję aż do pójścia spać (młody 8:30, młoda 9:30), więc nie muszę się specjalnie wysilać :P W weekendy też się zdarza się, że przez kilka godzin z nimi zostaję i choć pracy jest niewiele, to tak naprawdę wychodzi, że faktycznie ten jeden weekend w miesiącu mam w 100% wolny. A nawet jeśli jest ich więcej, to często dowiaduję się o tym kilka dni przed, co bardzo mnie ogranicza w planowaniu podróży. To zdecydowanie mi się nie podoba!

Tak czy siak, nie narzekam na mój schedule, bo mam naprawdę sporo czasu dla siebie, a nawet będąc z dziećmi mogę się zajmować swoimi sprawami. Takie są plusy wieku szkolnego. Dodatkowo nie są to dzieci, przy których bez przerwy trzeba siedzieć i się zajmować, szczególnie 12-letnia dziewczynka. Z 8-latkiem zdecydowanie więcej rzeczy robimy razem, ale też dzięki temu jesteśmy znacznie bliżej.

*

College.
Jak już wspominałam, wybrałam kurs English as a Second Language: Grammar. Chodzę na zajęcia dwa razy w tygodniu (wtorki i czwartki 12:30-1:45) do Camden County College. Kampusy tej uczelni są w trzech miastach w NJ, ja wybrałam w Camden. 
Kilka zdjęć jakie udało mi sie zrobić:








Moja grupa składa się z ok. 25 osób, w większości z Azjatów i Latynosów. Jeden Meksykanin powiedział mi, że się wyróżniam - faktycznie, jestem tam jedyną Europejką!
Co do samych zajęć... Nie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona. Uczęszczam tam już prawie miesiąc, a my wałkujemy wciąż ten sam temat. To nie to, że czuję się zajebista i wiem wszystko. Ale liczyłam, że na tych zajęciach tempo nauki sprawi, że będę musiała się spiąć, starać, w domu posiedzieć nad książkami. Podobno to najwyższy poziom tego kursu. A wszystko jest powolne, nudne, czasami wręcz śmiesznie oczywiste. Rozumiem, że poziom trzeba dostosować do najsłabszych, ale to nie znaczy, że można nas wypuszczać po pół godziny zajęć lub wałkować jedno ćwiczenie przez całą lekcję i nic nam nie zadawać! Jestem tym naprawdę poirytowana. Hostka zapłaciła niemałe pieniądze za ten kurs (468$, a tylko 3 kredyty) i zdecydowanie nie tak to powinno wyglądać. Nigdy nie sądziłam, że będę się cieszyła na zbliżający się test lub na zadanie domowe, ale dzięki temu wiem, że muszę usiąść do książek. Swoją drogą, obowiązkowa książka kosztowała 70$, a ani razu jej nie użyliśmy. Babka daje nam kserówki... Co ciekawe, moja koleżanka, która jest na tym samym kursie tylko poziom niżej, jest bardzo zadowolona - dużo robią na zajęciach, mają zadania domowe, co chwilę testy. Wychodzi na to, że to kwestia nauczyciela lub grupy.
Cóż, punkt z Bucket List skreślony, ale nie tak 'studiowanie w amerykańskim collegu' sobie wyobrażałam.
Bardzo możliwe, że sama się negatywnie nakręciłam i trudno będzie mi zmienić podejście, nawet jeśli zmieni się sposób prowadzenia zajęć. Ale wiem i tak, że jeśli przedłużę program, a co za tym idzie, będę musiała uzyskać dodatkowe 3 kredyty, biorę cokolwiek, byle było tanie i szybkie. 

Ostatnio po zajęciach minęłam moją stację i przeszłam 10min na zachód, żeby przyjrzeć się Filadelfii z innej perspektywy. I nic mnie nie zaskoczyło - z każdej jest piękna.







xoxo, Dorota

07 września, 2014

Zdobycze zakupowe / College - pierwsze wrażenia


Przyznam szczerze, że jestem z siebie niezwykle dumna - jestem tutaj półtora miesiąca, a nie wpadłam w szał zakupowy i naprawdę niewiele wydałam na ciuchy! Zainwestowałam za to sporo w elektronikę i nadal planuję nie tracić kasy na niepotrzebne ubrania. Wiele dziewczyn narzeka, że nasza wypłata jest śmiesznie żałosna i nic porządnego nie można z nią zrobić. Ja się z tym nie zgadzam, to kwestia tylko i wyłącznie zarządzania wydatkami. Też mogłabym za jednym razem przepieprzyć połowę wypłaty w mallu, albo każdego dnia wychodząc coś zjeść na miasto. A i bez tego można przecież świetnie się bawić i ciekawie spędzać czas. Twój wybór ;)

Teraz pochwalę się co tutaj dotychczas kupiłam lub też jakimś sposobem zdobyłam :P

Maxi dress (Charlotte Russe): 15$ 

Spodenki do biegania (Marshalls): 7$

Crop top (Charlotte Russe): 8$

Czarna torebka (Charlotte Russe): 15$, plecak (Claire's): 20$

Okulary (Marshalls): 10$, obie opaski z Claire's, razem wyszły ok. 15$ 

35$

 Obie pary dostałam od hostki, bo 'już ich nie potrzebuje' lub 'trochę ją obcierają' :) Jak dobrze, że mamy ten sam numer buta!

Zdobycze ze sklepu z rupieciami (naprawdę można znaleźć cudeńka za śmieszne pieniądze!), każda po 1$. Żeby nie było - płyty dla taty :P

Nie mogłam się powstrzymać, bo jestem fanką filmu, a książka była w przecenie. Kupiona w księgarni w Haddonfield za niecałe 6$.

Podarunek od pani na plaży w Ocean City, której podałam okulary ;D

 Pierwszy duży zakup, ale nie będę oszukiwać - odłożone miałam już przed wyjazdem :P Laptop Acer Aspire: 350$

 Moje małe cudeńko za 700$ (z podatkiem), które spłukało mnie doszczętnie -,-

I ostatni zakup, zamówiony na Amazon zegarek do biegania (Casio): 20$. Teraz już nie mam wymówek! Od przyszłego tygodnia dołączam do tłumów biegaczy w Haddonfield :)


*

Dziś odbyły się moje pierwsze zajęcia w collegu. Mam mieszane odczucia. Słyszałam już wcześniej, że samo miasto nie należy do najsympatyczniejszych, ale nie spodziewałam się czegoś takiego! 10-minutowe przejście do campusu ulicą Broadway, było najbardziej stresującym dla mnie dotychczas przeżyciem w Ameryce. Kojarzycie z filmów ulice z niskimi budynkami i sklepami, w których w życiu byście nic nie kupili, z podejrzanymi ludźmi (w 99% czarnoskórzy), głównie brudnymi, niepełnosprawnymi, głośnymi? Witacje w Camden. Podobno właśnie ta ulica jest najgorsza, a ja przed chwilą się dowiedziałam, że mogłam wysiąść przystanek dalej (dojeżdżam pociągiem), z którego droga jest krótsza i przyjemniejsza (bo gorzej chyba być nie może). W klasie mam ponad 20 osób, spora część to Azjaci. Dziś jedyne co robiliśmy, to pisaliśmy kolejny test, który ma zweryfikować czyj poziom gramatyki jest na tyle dobry, że nie musi uczęszczać na te zajęcia. Nie wiem co w tym przypadku się dzieje, bo to najwyższy poziom . Jak dla mnie test był trudny, więc mam nadzieję, że nie nastrzelałam dobrze i zostanę w tej klasie :P Nauczycielka wydaje się ok., campus w porządku, ludzie nieszczególnie zachęcający do zawarcia znajomości. Oto moje pierwsze wrażenia, we wtorek podejście nr 2.

Plany na weekend? Jutro wyżerka w domu brata hostki z okazji urodzin jego starszej córki (walczę o miano lepszej babysitter niż poprzednia, nie mogę więc opuścić tego wydarzenia!), potem wyjście z dziewczynami, w sobotę Philadelphia (nie wiem jeszcze co dokładnie), w niedzielę baseball game z moim cluster. I od przyszłego tygodnia dzieci chodzą do szkoły na cały dzień (w tym tygodniu tylko do 12:30), yippee!

Tyle na dziś mojego biadolenia, wysyłam coś do posłuchania na piąteczek :)





xoxo, Dorota