25 października, 2014

Halloweenowe Haddonfield


Nie wiem kto jest bardziej podekscytowany zbliżającym się Halloween - ja, czy moje host dzieciaki! Tutaj żyje się teraz tylko tym. Dosłownie wszystko o smaku pumpkin, tłumy ludzi w sklepach z kostiumami, witryny sklepów udekorowane na pomarańczowo, domy ustrojone we wszelaki sposób. Pierwsze Halloween przede mną! Jeszcze nie mam pewności co do stroju, ale raczej postawię na jakiś upiorny. Wy już macie wybrane? :)

Większość domów w Haddonfield jest już przystrojonych. Niektóre z zamysłem, stylowo, inne kompletnie bez ładu i składu. Moja hostka się specjalnie nie wysiliła, bo ważne przecież, że coś jest :P Wysyłam troszkę zdjęć (aparat już mam naprawiony, więc kolejne zdjęcia będą o wiele ładniejsze, obiecuję!):




Ten pan pod drzwiami (o ile go widzicie) już kilka razy mnie o mało do zawału nie doprowadził, gdy spacerowałam z Rocco...

W to się oczywiście zaplątałam.





Moje ulubione :)


Cmentarz przed domem, a co!





Moje przemyślenia na dziś: wiecie co jest najlepsze w życiu au pair? Że można w wolnym czasie oglądać dziesięć tysięcy odcinków wszelkich seriali nie mając z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia :D Bo nie ma żadnych prac domowych do odrobienia, niczego do opracowania, czy przeczytania na kolejne zajęcia, żadnych innych obowiązków. Polecam!



xoxo, Veroka


21 października, 2014

100 dni w Ameryce - podsumowanie


Właśnie siedzę i świętuję ten dzień z kawą dyniową i granola bar. Szaleństwo! Dziś wyjątkowo bez zdjęć, za to sporo tekstu.


Relacje z host rodzinką
Nadal bardzo dobre. Czuję się jak członek rodziny od początku i pewnie to już się nie zmieni. Jednak co oczywiste, z każdym stusunki wyglądają nieco inaczej.

Host son: jak ja uwielbiam tego chłopca! 8-latek, mimo że czasami doprowadza mnie do szewskiej pasji, zdobył nieodwracalnie moje serce. Lubię z nim robić durne rzeczy, rozmawiać, grać w nasze dziwne, wymyślone przez nas zabawy... A także po pracy nie potrafię mu odmówić, gdy pyta, czy nie chcę go położyć do spania lub poleżeć i poczytać, każdy swoją książkę. Kiedy w sobotę ruszał mu się ząb i był tak przestraszony, że nie mógł zasnąć - przyszedł do mnie do pokoju i władował się do łóżka, nie do hostki. Jestem jego opiekunką, ale myślę, że obydwoje raczej traktujemy tę relację na zasadzie brat-siostra. Mamy po prostu razem dużo funu.

Host daughter: przyznam, że gdy po moich pierwszych narzekaniach wszyscy mówili, że to kwestia czasu, aż się do mnie przekona - wierzyłam. A po trzech miesiącach jest tak samo jak po miesiącu. Ba, czasami nawet mi się wydaje, że wcześniej miała jakieś przebłyski życzliwości. 12-latka nie należy do słodkich, miłych dziewczynek. Uważana przez całą rodzinę za taką bardzo 'smart', według mnie jest po prostu przemądrzała i przekonana o swojej wiedzy na każdy temat, przez co traktuje mnie i wiele innych osób z góry. A może to ten wiek? Jednak fakt, że nie potrafi odpowiedzieć Natalii 'cześć', a w zamian za to zmierzyć ją od góry do dołu lub odzywać się do mnie z łaską i tonem, jakbym jej życie zniszczyła, mówią same za siebie. Z początku mimo takiego zachowania byłam dla niej arcymiła, uśmiechałam się, starałam za wszelką cenę złapać kontakt, ale teraz mam to gdzieś. Jaka ona dla mnie, taka ja dla niej. Nie chce gadać, to nie. Ja nie będę przed 12-latką się płaszczyć. Ale żałuję bardzo, bo zupełnie inaczej wyobrażałam sobie kontakt z nastolatką. W końcu niedawno sama nią byłam.

Host mom: nadal uważam, że jest przecudowną kobietą, choć było kilka sytuacji, które mnie zdystansowały. Doszła też kwestia poprzedniej au pair. Dziewczyna była uwielbiana przez całą rodzinę. Ba, opowiadała mi o niej nawet mama żony brata hostki! Że wszyscy tak bardzo kochali Andreę. Super fajnie. Od innych au pairek dowiedziałam się, że faktycznie była wyjątkowo towarzyska, otwarta, każda au pair ją tu znała, może niekoniecznie każda lubiła. Wiem i czuję, że hostka miała z nią bardzo bliski kontakt, można wręcz powiedzieć, że kumpelski. I mimo że dla mnie też jest ok, to czasami mam wrażenie, że wzięła kolejną au pair z nastawieniem, że i tak żadna nie będzie jak Andrea. Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo jest mi tu cudownie, traktują mnie jak członka rodziny, ale czuć od niej jakby... dystans? Coś po prostu mi nie gra, może za jakiś czas będę umiała to nazwać. A może po prostu przesadzam i zawsze chcę, żeby było superidealnie, nie doceniając tego jak jest?

Język:
Bardzo do przodu. Nie mam problemu z wyrażaniem tego co chcę, wszystko idzie znacznie płynniej i bez zastanowienia. Szkoda tylko, że college nie pomaga z zaawansowaną gramatyką.

Miejsca, ludzie:
6 stanów: New Jersey, New York, Pennsylvania, Connecticut, District of Columbia, Virginia. Dodatkowo mecz baseballu i amerykański festiwal muzyczny.
Moją zdecydowaną faworytką co do ludzi jest Natalia. Nie uważam, że to tylko przez to, że jest Polką. Idealnie się dobrałyśmy i wciąż przeżywamy, że musiałyśmy wyjechać do Ameryki, żeby się poznać :) To typ dziewczyny, z którą można konie kraść i właśnie kogoś takiego chciałam tutaj mieć. Są też inne au pairs z moich okolic, z którymi czasami się spotykam i które lubię, ale bez szału. Niedawno poznałam nową dziewczynę z Boliwii, która przypadła mi do gustu, ale jest troszkę cicha w porównaniu do mnie i Natalii :P Znajomość z kolegą z Haddonfield zakończyłam, kiedy zaczął składać chore propozycje. Mam też kontakt z kimś z collegu, ale to też można zaliczyć do tych męczących znajomości. Cieszę się ogromnie na dziewczyny przeprowadzające się w okolice Filadelfii, z którymi mam nadzieję poodkrywamy wspólnie miasto :) I ciągły kontakt mam z dziewczynami z innych stanów, co daje ciekawe możliwości weekendowe. Przyznam jednak, że liczyłam po cichu na jakąś fajną, wielonarodościową paczkę au pairek, z którymi co weekend będziemy się spotykać i robić ciekawe rzeczy. A większość dziewczyn, które mieszka w okolicy kończy niedługo program i jakby są na 'innym etapie', albo po prostu nie ten typ ludzi. Dlatego tak naprawdę czekam na kolejną turę i może lepiej uda się zgrać.

Plany:
Mój wymarzony Teksas stoi pod wielkim znakiem zapytania. Właściwie już się nastawiłam, że tam w listopadzie nie jadę. Ale z mapy nie zniknie, więc na pewno się tam jeszcze wybiorę. Do końca tego roku planuję kilka razy uderzyć w Nowy Jork, przede wszystkim żeby poczuć świąteczną atmosferę The City. Choinka przy Rockeffeler Center, Plaza Hotel, Central Park... <3 Chyba sobie przed tym obejrzę Kevina :D No i wypada zaplanować Sylwestra! Na liście mam do zaliczenia Sylwester w NYC, ale organizacyjnie to już tak łatwo nie wygląda. Może jednak Philly, a za rok Nowy Jork, jak już będę pełnoletnia? I wciąż nastawiam się na Florydę i Bahamy w styczniu/lutym, tylko kompani mi się wykruszają. Może ktoś chętny? ;)

Ogólne wrażenia:
Po pierwsze - czas leci tak szybko! Naprawdę, tydzień za tygodniem, weekend za weekendem... Niby dobrze, bo nie odczuwam nawet kiedy w ogóle pracuję, ale z drugiej strony przeraża mnie to. Nie chcę 8 miesiąca tak szybko, bo będę musiała decydować co dalej... Nadal kocham życie tutaj, czego najlepszym dowodem jest fakt, że o 6:30 rano wstaję z uśmiechem na twarzy (nienormalna!). Minusem jest to, że zaczęłam pić kawę, a co za tym idzie, wydawać pieniądze na Starbucksa. Plusem, że od miesiąca biegam regularnie i uwielbiam to, bo w Haddonfield bieganie to naprawdę sama przyjemność. Byłabym jeszcze bardziej szczęśliwa, gdyby host rodzinka odżywiała się nieco zdrowiej, bo wtedy to bieganie nie szłoby na marne :P
To, co mnie tutaj najbardziej zaskoczyło we mnie samej, to radzenie sobie z tęsknotą. Brakuje mi moich bliskich, ale nie miałam nawet jednej cięższej chwili z tego powodu. A sądziłam, że będzie zupełnie na odwrót! Uczę się tu siebie od nowa, mam wrażenie, że jestem w tym życiu znacznie bardziej spontaniczna, otwarta i wesoła. W Polsce czułam, że stoję w miejscu, nie rozwijam się, mimo że przecież studiowałam. A tutaj idę do przodu i czerpię ogrom energii ze wszystkiego co mnie otacza, jakby każda napotkana osoba mnie czegoś uczyła. Dopiero teraz zrozumiałam, co to naprawdę znaczy żyć chwilą.
Z racji tego, że zaczynam gadać od rzeczy, kończę :D


xoxo, Dorota

15 października, 2014

Washington D.C. / Alexandria, Virginia


Kolejny weekend wyjazdowy, intensywny. Czyli tak, jak lubię najbardziej.
Tym razem padło na DC. Host rodzinka Asi wybyła z domu na weekend, to co mogą robić Polki? ;)
Waszyngton jest zupełnie inny niż Nowy Jork, czy Filadelfia. Zaskoczył mnie brak wysokich budynków, spokój, wręcz powaga w mieście. Miasto robi bardziej eleganckie wrażenie.
Niestety pogoda w sobotę odebrała urok budynkom, które tak bardzo chciałam zobaczyć. Zdjęcia więc są dość marne. Ale zrobiłam to świadomie, bo na wiosnę z pewnością tam wrócę i bardziej się postaram. Na dodatek przez pół dnia nie mogłam przestać zamartwiać się moim iphonem, który postanowił mnie postraszyć i nagle się wyłączył, nie reagując na jakiekolwiek działania. W głowie wyliczałam ile rzeczy mogłabym kupić za pieniądze na niego wydane. Dlatego tak naprawdę najlepszym punktem tego dnia było zrobienie zakupów z dziewczynami (taaak, tych ciuchowych też...) i późniejsze szaleństwa w przepięknym domu hostów Asi. Szczęściara trafiła na lokum jak z filmu. Do tego czarodziejka-Marta naprawiła mój telefon i impreza nie mogła się nie udać ;)


Bo 7 rano ;)



Biały Dom taki malutki, jak wszyscy mówią. Nie robi szczególnego wrażenia.


Planowałyśmy wejść na szczyt Washington Monument, ale niestety po darmowe wejściówki trzeba być tam znacznie wcześniej.


Z naszymi pięknymi przewodniczkami - Martą i Asią :)


Aż mi się ciepło zrobiło jak znalazłam nasze kochane New Jersey :)

Jeden z fajniejszych wieczorów, jakie tu miałam :) Siedziałyśmy w typowej piwnicy (aż to słowo nie pasuje!) jak z filmów - z osobną sypialnią, łazienką i głównym pokojem z wielkim telewizorem i różnego rodzaju zabawkami. 


O smaku dyni - pychotka!





Asia z tyłu - mistrz :D

Kolejny dzień rozpoczęłyśmy od odwiedzenia Arlandrii, dzielnicy Alexandrii, o której śpiewa Dave Grohl w piosence o tym samym tytule. Totalnie mnie zaskoczyło, że jest zamieszkała głównie przez Latynosów i raczej nie robi wrażenia bezpiecznego miejsca. Jednak sam fakt, że byłam w miejscu, gdzie dzieciństwo spędził Dave, uszczęśliwił mnie od samego rana :)

Kilka zdjęć ulic Virginii z samochodu:






Georgetown w DC:






 I ostatni punkt wycieczki - Stare Miasto w Alexandrii.


H&M nas prześladował w ten weekend... A my nie potrafiłyśmy mu odmówić i wchodziłyśmy do każdego napotkanego. Za każdym razem szukam tam kapeluszy z nadzieją na tańsze ceny, po czym kiedy taki znajduję, brakuje mi odwagi, żeby go kupić i potem nosić -,- 







Po takich intensywnych weekendach kolejne powiewają nudą. Ale mam wrażenie, że nawet nudzenie się tutaj jest ciekawsze :P + Niedługo stuknie mi 100 dni w Ameryce - szykuję już podsumowanie z tej okazji! 


xoxo, Dorota