Dziś posta piszę z telefonu, bo jestem idiotką i zalałam swój laptop wodą. Jeszcze nie wiem ile naprawa mnie wyjdzie, ale tutaj takie sprawy sa dość kosztowne, więc możliwe, że bardziej będzie mi się opłacało kupić nowego laptopa (nie żeby ten był kupiony 8 miesięcy temu...). Tak czy siak - sporo postów ze zdjęciami z aparatu będzie opóźnionych.
W ostatnią niedzielę Ameryka obchodziła Dzień Matki. Z początku zupełnie się tym dniem nie przejmowałam, planowałam jedynie kupić coś hostce od dzieci (jako że w domu nie ma taty, to czuję się odpowiedzialna za takie rzeczy) i pojechać na cały dzień do Nowego Jorku. Kiedy powiedziałam o tym hostce, momentalnie stała się zasmucona i jakby zawiedziona. Nie kazała mi zrezygnować z wyjazdu, ale młoda sugerowała, żebym jednak z nimi tego dnia została. Biletów jeszcze kupionych nie miałam, więc postanowiłam zostać. Nie za bardzo jednak rozumiałam dlaczego, przecież hostka nie jest moją mamą. Potem jednak wszystko zrozumiałam. Tutaj (mam na myśli moją host rodzinę i ich otoczenie) dnia nie obchodzi się na linii dzieci-ich mamy, tylko każda mama jest solenizantką dla każdego! Moja hostka kupowała kartki dla wszystkich matek z najbliższej rodziny, krzyczała 'happy Mother's Day' do sąsiada i idąc dalej... ja też dostałam prezenty na Dzień Matki, pierwszy raz w życiu, haha! Ale przyznam, że było mi bardzo miło, że i hostka i dziadki tak doceniają to, co robię z dziećmi. Tego dnia wybraliśmy się na elegancki brunch do budynku, w którym pracuje moja hostka. Okazało się, że jest to czwarty w kolejności najwyższy budynek w Philadelphi. Objadanie się pysznościami w restauracji na 52 piętrze z widokiem na całe miasto, było warte zrezygnowania z NYC tego dnia ;)
W środku wszystko było super fancy, a jedzenie było serwowane w postaci szwedzkiego stołu. Każdy z nas chodził po dokładki min. 4 razy, a i tak wszystkiego nie spróbowaliśmy! *
Kwietniowe spotkanie mojego clustera odbyło się w popularnej knajpie country w New Jersey. Ludzie w kowbojkach, kapeluszach i koszulach narobili mi jeszcze większego smaka na Nashville! Miałyśmy sporo funu ucząc sie tańca country, bo oprócz nas byli jedynie starsi ludzie i dzieci :D Przez to, że pojechałyśmy w niedzielę. Czwartkowe wieczory sa zadedykowane kobietom i podobno dobrze zbudowani panowie w kapeluszach bardzo zachecają do przybycia tam tego dnia ;) Tak czy siak - dobrze się bawiłyśmy i kolejny punkt z listy skreślony!
A teraz wracam do moich nowych uzależnień, czyli seria ksiażek Harry'ego (po raz 97165738271) na zmianę z Sex and the City. I moja Natalia wraca z Polski w niedzielę! Przez te trzy tygodnie jej nieobecności zintegrowałam się z innymi dziewczynami bardziej, niż przez ostatnie 10 miesięcy :P I przy okazji utwierdziłam się w przekonaniu, że nie liczy się ilość, a jakość!
I życzę sobie powodzenia na nadchodzacy tydzień, bo hostka wyjeżdża do Europy. Witaj telewizjo po powrocie dzieci ze szkoły, aż to wieczora, hehe :D
xoxo, Dorota







