Hello!
Jak dobrze, że dziś wolny dzień. Po tym weekendzie zasnęłabym na stojąco będąc w pracy!
Natalia przyjechała do mnie już w piątek po południu, z małą walizką :D Stała się moja współlokatorką na ten weekend. Choć nie jestem dobrym kompanem do wyspania się - gadam przez sen. A tutaj podobno nawet po angielsku. Od razu pojechałyśmy do malla w Cherry Hill, gdzie kupiłam sobie Iphona. Jestem wprost zakochana w moim nowym pięknym telefonie <3 Nigdy nie byłam gadżeciarą, nie podniecałam się żadnymi elektronicznymi urządzeniami, ale to małe cudo absolutnie mnie zauroczyło!
Piątek i sobota minęły z N., potem także z E. na ciągłym jedzeniu, piwkowaniu, filmie, rozmowach poważnych i tych mniej - czyli nic nowego, ale to, co lubię najbardziej. Wieczór sobotni spędziłam z bratanicami hostki jako babysitter i przyznam szczerze, że świetnie się z nimi bawiłam. Musiałam się trochę postarać, bo zdradziły mi, że robią konkurs która jest lepsza - ja, czy poprzednia au pair. Nie zamierzam przegrać :D
No i niedziela, czyli dzień koncertu! Już od rana powietrze było ciężkie i można się było spodziewać burzy i deszczu. Ale nie takiego! Ok. 18:30, czyli 3h przed występem KOL, zaczęło tak okropnie lać, że organizatorzy kazali wszystkim udać się niezwłocznie do wyjścia. Zajebiście. Jeszcze koncert odwołają, bo pada! Nie zamierzałyśmy stamtąd wychodzić, zresztą, jak większość ludzi. Wbiłyśmy na strefę dla vipów, zbudowałyśmy sobie na kanapie zamek z poduszek i się schowałyśmy :D Przeczekałyśmy tam prawie godzinę, aż przestało padać, burza na szczęście przeszła bokiem i koncerty kontynowano z godzinnym opóźnieniem. Wyszłyśmy na tym lepiej, bo udało nam się wbić na przód sceny przy wewnętrznych barierkach. Przeczekałyśmy jeden nieciekawy zespół, popadało jeszcze tak, że woda spływała z nas ciurkiem, a potem wszedł Pharrell Williams. Świetnie się bawiłyśmy! Dobre show, przyjemna do potańczenia muzyka - bardzo szybko przeleciało. Na Kings of Leon udało nam się dostać jeszcze bliżej sceny. Było cudownie! Pod względem muzyki podobał mi się najbardziej ze wszystkich, na których byłam, bo nagłośnienie idealne. Ale publiczność... porażka. Ludzie patrzyli się na mnie ja na wariatkę, kiedy skakałam, tańczyłam i śpiewałam z chłopakami. A to było na samym przodzie! Caleb, wokalista, kilka razy próbował rozruszać publikę, zachęcić do śpiewania lub skakania, ale działało tylko na chwilę. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce. Nie być ściśniętą, zmęczoną i spoconą po "Sex on fire"? Dla mnie było ok, bo miałam w końcu okazję pobawić się i posłuchać ich sobie na spokojnie, bez martwienia się o swój stan zdrowia. Ale gdyby był to mój pierwszy raz, czułabym ogromny niedosyt. To głównie publiczność tworzy najpiękniejsze wspomnienia z koncertów. Teraz wiem, że amerykańska nie umywa się do naszej polskiej/europejskiej.




Benjamin Franklin Parkway. W życiu nie pomyślałabym, że można zrobić festiwal w tym miejscu, w samym centrum Filadelfii.
Nie wierzę, że on ma 41 lat!
Porównajcie z pierwszym zdjęciem :D
I moi chłopcy! ;)
Jutro ostatni dzień wakacji! Nigdy tak się na niego nie cieszyłam, jak teraz. W czwartek za to pierwsze zajęcia w collegu, nie mogę się doczekać! Chyba naprawdę coś mi się tu poprzewracało i wszystko mam teraz na odwrót :D
Czy ktokolwiek jest zainteresowany postami zakupowymi? Uwielbiałam takie czytać u innych dziewczyn, nie wiem jak to z Wami jest ;)
+ Założyłam
instagrama. Dopiero zaczynam w to się bawić i nie czuję się jeszcze w pełni przekonana (u mnie i moich znajomych moda na insta przeszła gdzieś bokiem), możliwe, że niedługo zablokuję albo coś, ale póki co - wstawiam linka u góry przy Bucket List.
xoxo, Dorota